Aleksandra Gumowska: „Seks, betel i czary. Życie seksualne dzikich sto lat później.” Recenzja książki

Seks, betel i czary. Życie seksualne dzikich sto lat później

Aleksandrę Gumowską widziałam na Wachlarzu we Wrocławiu. Z zainteresowaniem wysłuchałam jej prelekcji na temat Trobriandów, gdzie żyje się bez pieniędzy, na co dzień pracuje w ogrodzie uprawiając jam (bulwa podobna do ziemniaka) marząc o  wieprzowinie, która będzie jedzona w święta. Coś usłyszałam o Malinowskim, że „Życie seksualne dzikich”, że podróż śladami sławnego antropologa. Sięgnęłam po „Seks, betel i czary”, przeczytałam i nie rozumiem, dlaczego Aleksandra nie poświęciła całej wachlarzowej prelekcji najciekawszym wątkom książki. Ta recenzja będzie frywolnym rozważaniem na temat seksu.

Jak to jest pojechać śladami idola? Na przykład wziąć pieska i za Steinbeckiem przejechać przez Amerykę. Albo wypożyczyć samochód i jak bohaterowie Kerouaca zgubić się gdzieś w drodze. Zobaczyć Barcelonę oczami Zafona. Spacerować razem z Orhanem Pamukiem po Beyoğlu… I 100 lat później po Malinowskim pojechać w stronę Papui-Nowej Gwinei.

Co zmieniło się od tamtego czasu? Wszystko i nic. Może jest tam więcej podróżników, więcej turystów:

Teraz rocznie Wyspy Miłości chce odwiedzać góra stu globtroterów, podróżników i wycieczkowiczów. W czasie dwóch pobytów spotkałam tylko kilku. emerytowanego australijskiego gracza na giełdzie, który pięciogwiazdkowe hotele zamienił na miesiąc na domek z prysznicem z zminą wodą i prądem przez cztery godziny dziennie. I w co trudno było uwierzyć i im, i mnie – pięcioro Polaków, którzy szacunek omarakanian zdobyli tym, że z drugą wizytą do wodza przyszli pieszo. – Kadamwasila – wyjaśni mi Mosco – dimdimy nie chodzą. Zwykle są tak grube, że ledwie się do samochodu wdrapują.

Książka Aleksandry jest wolna od oceniania, porównywania i dzielenia na lepszy, bo cywilizowany Zachód oraz zacofanych dzikich. W tych kilku zdaniach mieści się wielka prawda o nas, ludziach z aparatami żądnych doświadczeń á la „like a local”.

A taka Aleksandra została dimdimem w wiosce (swoją drogą, kiedyś Paweł Cywiński z post-turysta zwrócił uwagę na to, dlaczego w Polsce mówimy wieś, ale mając na myśli wieś np. w Afryce już używamy słowa wioska?) na wyspach Oceanii i ani słowem nie skarżyła się na hałasujące dzieci, komary, brak wody. Dimdim znaczy tyle co biały. Tyle, co Mugol w świecie Harrego Pottera. Gumowska żyła razem z ludźmi stamtąd i z pokorą ich naśladowała w gestach i zwyczajach. Mnie to skłania do wielu refleksji na temat tego, do czego „dopuszczamy się” z powodu pragnienia doświadczenia autentyczności, a potem pochwalenia się wśród znajomych:

Czasami Barbara nie potrafi pojąć zachowań gości. – My jemy kolację, a oni wchodzą na taras, błyskają lampami w twarze i odjeżdżają. Nie wiem, dlaczego tak bardzo chcą robić zdjęcia właśnie wtedy, kiedy jemy.

Ani „dzień dobry”, ani „do widzenia” – w żadnym języku. Wpadają zobaczyć „prawdziwe życie trobiandzkiej wioski, więc tym lepiej, że Naviekira akurat myje się przy zbiorniku z deszczówką – pstryk, starsza przegania świnię – pstryk, na tarasie rozpanoszyły się kury –pstryk, a wódz nie zdążył założyć wyjściowej koszuli, tylko siedzi w koszulce na ramiączkach i czapce z daszkiem –pstryk (wódz w czapce z daszkiem, co to za wódz? – komentują).

Wróćmy jednak do najważniejszego słowa w tej książce. Słowa, które sprawia, że książka się sprzedaje, przyciąga wzrok na półkach księgarni i które sprawiło, że kliknęliście w ten link: seks.

Gumowska przybliżyła obraz niezwykle ciekawego społeczeństwa, w którym relacje kobieta-meżczyzna oparte są na całkowitej swobodzie:

Dziewczęta chłopców nie kolekcjonują, ale jeśli jakaś dziewczyna zbyt długo spotyka się z jednym, zaraz krewni ją upominają, że wstyd im przynosi, niech z innymi też sypia. Nie mówiąc już o tym, kiedy dziewczyna nie spotyka się z nikim. Żartują wtedy, że wyślą ją do katolickich zakonnic, bo tylko one na wyspie nie uprawiają seksu.

Czytając te słowa myślałam sobie, czy nasz świat (znowu podobna dygresja: czy musimy mówić, że istnieje nasz świat i ich świat?) wyglądałby tak samo, gdyby nie pieniądze i religia? Czy żylibyśmy sobie zwyczajnie na luzie? A bardziej precyzyjnie: czy my, kobiety żyłybyśmy sobie bardziej na luzie? Czemu stworzyliśmy sobie społeczeństwo, w którym potencjał kobiet jest kontrolowany przez mężczyzn?

Z tymi pytaniami was zostawię. Na koniec jeszcze jeden cytat, który w fajny sposób pokazuje wolność, jaką wybrali mieszkańcy Wysp Miłości:

Malinowskiemu omarakańczycy tłumaczyli, że twarz dziecka ojciec kształtuje przez siedzenie z nim, leżenie, przytulanie, bycie blisko, karmienie owocami, przysmakami. Ręka ojca formowała twarz, która dzięki temu stawała się podobna do ojcowskiej.

  • „Czytając te słowa myślałam sobie, czy nasz świat (…) wyglądałby tak samo, gdyby nie pieniądze i religia? Czy żylibyśmy sobie zwyczajnie na luzie?” a ja mam ochotę zadać inne pytanie: czy nie sądzisz, że to wszystko jednak znacząco wpływa także na kwestię poziomu życia w tych społeczeństwach? nie wierzę, że nie ma tam nastolatek zachodzących w ciążę i rodzin 7, 8 czy 10-osobowych. i te rodziny niekoniecznie mogą mieć środki na to, aby pozwolić sobie na taki poziom życia, jakim możemy się cieszyć w tej konserwatywnej i zepsutej pieniędzmi Europie. niestety nie czytałam książki, więc w sumie nie wiem, ale wydaje mi się, że w tej kwestii zawsze jest „coś za coś” 😉

    • Na Trobriandach 95% społeczeństwa nie posługuje się pieniędzmi (!) Dzieci usamodzielniają się bardzo wcześnie, zakładają własne ogrody i same sobie produkują to, co będą jeść (czyli jam).

      Ale fakt, ryzyko AIDS jest takie samo.