Anna Alboth: „Rodzina bez granic w Ameryce Środkowej”. Recenzja książki

Rodzina bez granic recenzja książki

Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, zaczęłam chodzić na prezentacje podróżnicze do Południka Zero i 8 stóp. Z tej drugiej knajpki pamiętam takie zdjęcie: trójka osób parzy w dal, dżungla, dziecko paluszkiem wskazuje w kierunku wodospadu. To była Anna Alboth z Milą i Hanią.

The Family Without Borders zna chyba każdy. Kiedy pisałam tekst pod tytułem: Jak mieszkają polscy blogerzy podróżniczy? byłam pewna, że prześlą mi wspólne zdjęcie pod namiotem. A przysłali fotografię samochodu, przed którym rozłożony był kocyk, na nim bawiły się dzieci, a w dali widać było sylwetkę odpoczywającej mamy,  leżącej niczym na kanapie na zaimprowizowanym w bagażniku łóżku. Gdyby to był salon, to można by powiedzieć, że tak pewnie wyglądają popołudnia każdej rodziny spędzającej wspólnie czas. Ale dom rodziny Albothów znajdował się w Belize.

Tą samą fotografię znalazłam w książce Anny Alboth, która pojawiła się w księgarniach w maju tego roku.

W 2011 roku Anna i Thomas wraz ze swoimi dziećmi pojechali do Ameryki Środkowej i odwiedzili Meksyk, Gwatemalę, Belize i Honduras. Książka powstała dopiero teraz i jest zapisem podróży wzbogaconym o zdjęcia.

Rodzina bez granic recenzja książki
Jadąc do Poznania wzięłam książkę, żeby ją przeczytać. Okazało się, że cała rodzina Albothów również postanowiła wpaść na ten sam event i dostałam autografy.

Najbardziej zaciekawił mnie wątek o spotkaniach z mennonitami w Belize. To społeczność, która żyje w bardzo konserwatywny i ascetyczny sposób. Nie słyszałam o nich wcześniej. Ciekawe są spostrzeżenia na temat relacji kobieta-kobieta, mężczyzna-kobieta, pomiędzy dziećmi (dzieci mennonitów nie chcą się bawić z Hanią i Milą). Uważam, że Anna mogła bardziej bardziej zaakcentować ten wątek rodzin z różnych miejsc w Ameryce Środkowej, może nawet uczynić go myślą przewodnią. Kilka razy dochodzi do „konfrontacji” europejskiej rodziny podróżującej z dwójką anielsko wyglądających dzieci ze wspomnianymi już mennonitami albo 14-osobową rodziną z Gwatemali, która w swoim drewnianym domu ma tylko krzesła, telewizor i pęczki kukurydzy. Na pewno to były najciekawsze wątki i chciałabym przeczytać więcej przemyśleń na ten temat. Fajne są też historie, w których maluchy pytają o jakieś rzeczy. Bo na przykład (tak sobie wyobrażam) łatwo jest tłumaczyć dziecku, dlaczego samochód stoi na czerwonym świetle, a jedzie na zielonym i wszystkie kwestie związane ze światem dookoła, światem, który już dobrze znamy. Ale co z takim, w którym nagle się znaleźliśmy? Jak wytłumaczyć dlaczego tutaj stoją piramidy Majów albo dlaczego ludzie mają różny kolor skóry? Z pewnością dzieci Państwa Alboth będą najmądrzejszymi dziećmi na świecie.

Pewnie Anna ciągle słyszy takie pytania: czy tak małe dzieci będą pamiętały podróż? Pewnie będą, bo:

Kąpiel w cenote (charakterystyczne dla Jukatanu studnie utworzone w skale wapiennej) musi być dla niej magicznym przeżyciem, bo potem powraca często na jej obrazkach

Jechałam kiedyś z Rio de Janeiro do Paratów. Był to początek mojej podróży po Brazylii, dlatego byłam z siebie niesamowicie dumna, kiedy usiadłam na siedzeniu właściwego autobusu jadącego we właściwym kierunku. Do środka weszła para z dwójką małych dzieci. Wyglądali na Norwegów. Ja byłam sama i miałam wiele wątpliwości podróżując po Brazylii. A co dopiero taka para – pomyślałam. Bo właśnie tym momencie zauważyłam, że pani miała  amputowaną  jedną dłoń.

Wszystko da się i wszystko jest możliwe. Po prostu potrzeba lepszej organizacji.

Nie mam dzieci i trudno jest mi wyobrazić sobie taką podróż. Anna podaje wiele praktycznych wskazówek odnośnie tego jak zabawiać dzieci w samochodzie, co ze sobą zabrać, jak się zorganizować. Mi zupełnie nieprzydatne i pewnie jeszcze długo nieprzydatne. Nie wiem kto wybierał kolory na kartach przekładkowych, ale ten żółty nie jest najładniejszym żółtym na świecie i raczej złym wyborem. Ale wiem, że zdjęcia do książki były dobrym wyborem. Thomas zrobił je świetnie. Nie są to rodzinne zdjęcia z wakacji, ale obok słów Anny opowiadają jakąś historię i bardzo, ale to bardzo mi się podobały.

Polubiłam tą książkę i  historię wspólnej rodzinnej podróży do Ameryki Środkowej. Taka inna niż te, które znałam do tej pory, bo w moim świecie wszyscy podróżują samotnie.

A wy już czytaliście? Co myślicie? Gdybyście mogli wyobrazić sobie co powiedziałaby na temat książki mama, która zwykle nie wyjeżdża zbyt dtaleko ze swoją rodziną, to co by to było?
  • Świetna recenzja! Matki, które znam, wypowiedziałyby się na temat tej książki: „Co za egoizm!”, „Przecież dziecko i tak z tego nic nie zapamięta!”, „To zbyt niebezpieczne i męczące dla dziecka!”, „Z dzieckiem i tak nie wypoczniesz”. Chociaż sama nie wiem, czy starczyłoby mi odwagi na podróż z bobasem po tak niebezpiecznych terenach, to podziwiam Annę za organizację i improwizację w działaniu. Cenię sobie książkę „Rodzina bez granic w…” głównie za cenne wskazówki odnośnie podróżowania. Patent ze spaniem na materacu ułożonym na złożonych tylnych siedzeniach wypróbujemy podczas tegorocznych wakacji 🙂

  • dla mnie taka podróż z dzieckiem brzmi jak abstrakcja (może dlatego, że po prostu nie lubię dzieci i raczej nie chciałabym mieć własnych). ale znam takich, co pojechali z 3-miesięcznym dzieckiem na rok do Panamy, a więc, jak widać, da się! a panuje w naszym społeczeństwie pogląd, że dzieci = koniec życia, koniec podróżowania. a czasem trzeba właśnie tego przełamania tych sztucznych, niewidzialnych barier i po prostu – lepszej organizacji.