Autobusy, Quilmes, empanadas i Facundo Arana: pierwsze dni w Buenos Aires

Buenos Aires – samo to słowo wywołuje jakieś drżenie we mnie. Wyobraźcie sobie, że myślicie o czymś przez lata, może to nie jest taka codzienna myśl, ale jest tam, gdzieś tam, zawsze nam towarzyszy. Pocztówka, którą zobaczyliśmy w dzieciństwie. W miejscu z tego obrazka zawsze chcieliśmy się znaleźć. Aż tu nagle jesteśmy. Ojacie. Buenos Aires.

W Buenos Aires mogłabym chodzić aż mi nogi odpadną. Którą ulicą bym nie szła to uwielbiam to połączenie starych kamienic a’la Paryż i szarych bloków a’la Soviet Union. A na dole kafejki. Kafejki! Takie, gdzie wchodzisz na kawę z mlekiem i zaczynasz pisać coś na komputerze (bloga na przykład). W Rio de Janeiro takie rzeczy tylko w Starbucks, gdzie przy wejściu stoi ochroniarz. I sklepy z ubraniami. Ładnymi i w miarę tanimi ubraniami. I ludzie są tacy eleganccy, zwłaszcza, kiedy przechadzamy się po Recolecie. I sklepiki z organiczną żywnością – a to już jak w Kopenhadze przecież. I Argentyńskie wino kosztuje prawie nic. Tylko z tym hiszpańskim jest jeden problem…

Buenos Aires
La Poesia, najlepsza kawiarnia w Buenos Aires.

Couchsurfing

Pierwsze dni spędzam w Quilmes, gdzie produkuje się piwo o tej samej nazwie, piwo, które jest obowiązkowym napojem w każdym barze. W Quilmes Couchsurfing mnie nie zawodzi, wchodzę do domu mojego, hosta, gdzie jestem witana przez mamę, tatę, siostrę, siostrzeńców, szwagra, dwa psy i koty. Do późnej nocy przy litrowej butelce Quilmes siedzimy i gramy na gitarze „Norwegian Wood”. To znaczy Ary gra. Następnego dnia jestem wręcz zawstydzona, kiedy jego mama przynosi mi na taras kawę. Ja zgaduję słowa, które brzmią podobnie po hiszpańsku jak po portugalsku, ona włącza google translate i jakoś spędzamy czas, kiedy Ary jest w pracy. Gościnność Ameryki Południowej mnie przerasta, kiedy do centrum jadę z wynajętym szoferem, znajomym rodziny.

A potem uderza mnie smutna rzeczywistość i hostel, który jest najgłupszym hostelem w jakim byłam. Przede wszystkim jest duży i dużo  w nim ludzi, więc możesz rozmawiać ze wszystkimi i z nikim. Widzę, że tutejsi goście wybierają opcję „z nikim”. Albo z urządzeniem typu laptop, iPad i telefon komórkowy. Jestem tu mega nieszczęśliwa, udaję się więc na poszukiwania przyjaciół na Couchsurfingu. I już następnego dnia jem lunch z Sulamitą i Rodrigo prosto z Recife. Niestety, idziemy też do muzeum i przypomina mi się jak bardzo nie cierpię chodzić do muzeum. Jedyna dobra rzecz, jaka mnie tam spotyka to Facundo Arana. Na zdjęciu.Facundo Arana

Od muzeum wolę sklepy spożywcze, zakłady szewskie i środki transportu publicznego – codzienne życie, które jest przecież tak inne i fascynujące w każdym mieście. I właśnie autobusy w Buenos Aires są moim ulubionym obiektem do fotografowania. Są normalnie genialne. W ogóle zdjęcia nie wychodzą mi za bardzo w tym Buenos Aires (o ile w ogóle kiedykolwiek mi wychodziły), więc nie będę publikować zdjęć cmentarza na Recolecie czy tego blaszanego kwiatka, który wszyscy przychodzą fotografować. Za to będą autobusy:

DSCN7805
Z Sulamitą moją nową przyjaciółką
DSCN7829
No i ostatnie, takie tam, na ulicy…
  • Boskie Buenos! 🙂 Zawsze, jak czytam opinie o Buenos Aires to są one sceptyczne, a tu taka niespodzianka! Podobnie, jak Ty wolę obserwować życie codzienne i uczestniczyć w nim, niż tylko ‚odhaczać’ zabytki.