Backpacking hostel: praca dla podróżnika

Od 3 tygodni jestem recepcjonistką w hostelu Mellow Yellow na Copacabanie.

Już od października zawsze kiedy przechodziłam obok jakiegoś hostelu, pytałam czy nie potrzebują kogoś do pracy w zamian za mieszkanie. Ale nie robiłam tego rzetelnie, tak, od niechcenia zaglądałam i zapytywałam, wciąż pozostawałam na Couchsurfingu. Kiedy zbliżał się koniec mojego wolontariatu, a mieszkanie na Pechinchy i stanie w 3-godzinnych korkach dawało się we znaki, postanowiłam na poważnie rozejrzeć się za tego typu pracą. Kiedy nocowałam w hostelu Vidigal poznałam chłopca z Argentyny, który tak właśnie się utrzymywał w Rio de Janeiro i patrząc na niego jak siedzi sobie na recepcji, brzdąka na gitarze i od czasu do czasu zrobi jakiś check in (do sprzątania przychodzi pani, do gotowania też, zgodnie z brazylijską regułą, że każdy jest tu od czegoś) to pomyślałam, że to jest cool praca i też chcę spróbować. Fernando polecił mi kilka hosteli, w których pracował, więc pytałam tam. Google Maps pokazało mi, że w pobliżu Barata Ribeiro znajduje się ten hostel o nazwie Mellow Yellow. Kiedy weszłam, Prisca, dziewczyna z Francji, niemalże wykrzyknęła z radości, że tak, „we need people!”, kiedy się możesz wprowadzić, czy jutro? Zróbcie jej caiprihinię, no i skąd jesteś, nie mówisz po portugalsku, a to nie szkodzi, tu sobie będziesz siedzieć na recepcji, nic nadzwyczajnego, osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu, masz zapewnione łóżko w hostelu, śniadanie i lunch, darmowe wejściówki na imprezy oraz wycieczki z gośćmi, dwie caiprihinie dziennie i wprowadzaj się.

backpacking hostel
zdjęcie z moimi „przyjaciółmi z hostelu”. Dziewczyna, Amerykanka, pracowała ze mną na recepcji, a chłopak, Brytyjczyk był barmanem

Vania, mój host z Pechinchy była bardzo wyrozumiała, wiedziała, że będąc w Rio de Janeiro chcę się raczej wyszaleć na Copacabanie aniżeli stać gdzieś w korku na Linii Amareli lub pomiędzy Barra de Tijuca a Cidade de Deus z przesiadką na Alvorada o 23.00 w nocy. Wyprowadziłam się od niej praktycznie z dnia na dzień, choć i tak nie minął tydzień, a znów wzięłam ten 3 godzinny transfer, żeby zjeść lunch z nią i jej mamą. Coś było nie tak z tym hostelem. Na początku trzeba zauważyć, że dwie caiprihinie dziennie to nie jest dobry pomysł. Na imprezach od tej pory opierało się moje życie. Co kilka dni przyjeżdżali nowi goście, pełni energii i zapału do imprezowania. Chrystusa, Sugar Loaf, Maracanę i schody Selarona robili za jednym zamachem z opłaconym przewodnikiem, a potem chcieli tylko pić i bawić się. Urocze recepcjonistki zawsze były mile widziane i chętnie zapraszane.

Kto by nie chciał mieć romansu z uroczą recepcjonistką z backpackerskiego hostelu, w którym zatrzymuje się przez 3 dni w drodze pomiędzy Ihla Grande a Buenos Aires, w czasie podróży po Ameryce Południowej.

Podróży, w której powinien coś odkryć, samego siebie albo ludzi, zrozumieć świat, ale nie – oni chcieli tylko imprezować. Ja odwrotnie – szukałam spokoju, czytania książek w czasie nudów na recepcji, przesiadywania w ogrodzie (na gitarze grać nie umiem), spacerów wzdłuż Ipanemy, spotkań ze znajomymi z Barata Ribeiro i w ogóle miało być tak pięknie. Zamiast tego jest cyrk i telenowela, plotki kto sypia z kim, kto nie wrócił dziś na noc. Backpackerskie życie na Copacabanie nie ma w sobie żadnego uroku ani atmosfery podróży. Owszem, nasz przewodnik zabierze ich na wycieczkę po faweli, sama też raz pojechałam: czterech skacowanych gości z Australii i ja, chodzimy i oglądamy mieszkańców Rocinhi, największej faweli w Ameryce Południowej, oglądamy ich jak te małpki w zoo, przewodnik nam dużo opowiada, chłopaki nie słuchają, chłopaki skacowani.

Wyobraź sobie, że wracasz do domu, a tam masz bar. W Bożonarodzeniową noc wracam z kolacji u znajomych, czeka na mnie bar pełen ludzi, jakieś „all I want for Christmas is you…” w tle, koleżanka bez pytania stawia przede mną szklankę caiprihini, myślę sobie: „Ale mam rodzinę…”.

Więc teraz tak: fajnie jest spacerować codziennie po plaży i poznawać nowych ludzi, nawet się czegoś nauczyłam jeśli chodzi o relacje z konsumentem i zarządzanie. Ale styl życia, jaki się tu prowadzi zupełnie mi nie odpowiadał i musiałam zrezygnować, po raz nie wiem który w moim życiu zmuszona do kombinowania co dalej, po prostu spakowałam się i na terminalu autobusowym kupiłam bilet do Salvadoru. Po 30 godzinach podróży przyjechałam do nowego domu, który nazywa się hostel Nega Maluca

Cdn.

DSCN7339
Prisca, która „przyjęła” mnie do pracy i druga recepcjonistka, której imienia już nie pamiętam, nie przyjaźniłyśmy się za bardzo
  • Z tego co piszesz, to w takim hostelu może być ciężko. Ja jednak chciałabym spróbować. Właściwie to od jakiegoś czasu pląta mi się masa podróżniczych planów po głowie, ale o pracy w hostelu jeszcze nie myślałam. Być może to jest jedna z tych rzeczy, którą będzie mi dane robić w przyszłości. Tak żeby spróbować 🙂

    • Nie, to nie jest tak. Po prostu ja zawsze wpadam w jakąś patologię, z moimi pracami w hotelach w Kopenhadze było tak samo – dużo przebojów zanim znalazłam normalny hotel.