O tym jak na Bairro Alto zatopiłam złamane serce i wróciłam opalona z Portugalii

Kiedyś powiedziałam, że moim marzeniem jest mieć koktajl bar w Kopenhadze, aby móc patrzeć, jak ludzie upijają się w mojej knajpie. To w dalszym ciągu moje marzenie, jednak równie ekscytujące byłoby posiadanie własnego miejsca na Biarro Alto.

Bairro Alto to główne imprezowe miejsce Lizbony. Wcale nie tęsknię za tymi wszystkimi fancy barami w Kopenhadze, gdzie za 100 DKK barmani (owszem, przystojni, ale cóż, że przystojni)  serwowali mi moje mojito. Teraz popijam caipirinha z plastikowego kubka za góra 5 euro i stoję wśród tłumu na ulicy. Jest pierwsza w nocy i to najlepsza godzina na rozpoczęcie imprezy.  Wszyscy spotykają się na placu Camões. A jeśli dla wszystkich jest to taki meeting point, to znaczy, że nikt nie może się znaleźć i  wszyscy chodzą z telefonami przytkniętymi do ucha: „Gdzie jesteś?”, „Mam zielony sweter”, „Stoję przed pomnikiem” – oto co można usłyszeć. O czwartej nad ranem w dalszym ciągu stoimy popijając inne drinki, pod innym barem. Owszem, są miejsca, gdzie można potańczyć, jednak taki sposób imprezowania też jest fajny. Noc jest ciepła, żeby przejść do innego baru (podobno serwującego najlepszą caipirinhę) trzeba zejść i ponownie wspiąć się pod górkę, co sprawia, że jesteś nieźle spragniony. Obcasy są niewskazane. Serio, nie wiem, jak oni to ogarniają, ja już dawno byłabym zgubiona.

Prawdziwym fenomenem są płonące drinki. Po nich można zwariować. Albo przenieść się w inną dzielnicę: Cais do Sodré, tam też znajduje się kilka barów i dyskotek. Na takim właśnie kursowaniu od baru do baru mija czas. Następnego dnia rano wracam tu i próbuję odnaleźć miejsca, w których byłam poprzedniej nocy. Nic z tego. W świetle dziennym wszystko wygląda tak spokojnie, knajpy są schowane pomiędzy kamienicami. To tak, jakbyśmy wczoraj przeszli przez peron 9 i 3/4 i tam zginęli w jakiejś magicznej przestrzeni, o której nie wiedzą mugole…

Dziś zdjęcia tylko z telefonu, na pierwszych Bairro Alto w dzień, na drugich – nocą.