From Brussels with love…

Nie podróżuję po to, aby zobaczyć i zwiedzić rzeczy, chcę w nich uczestniczyć. Dlatego ucieszyłam się, że będę miała Brukselę dla siebie przez cały miesiąc. Ale już tego żałuję. To nie jest miasto lansu i biznesu.

Trudno wynająć tu mieszkanie (coż, temu się nie dziwię), ulice są brudnie i całe w korkach.  Fakt, piwo jest świetne i Chimay Blue o 9% zawartości alkoholu to moje nowe hobby, ale cóż z tego, kiedy niemal w każdym barze można spotkać babcię klozetową kasująca 40 centów za skorzystanie z toalety. Nie znalazłam też żadnej przytulnej knajpki, czyli czegoś, co tak bardzo lubię.  Tuż obok Grand Place jest jedna uliczka pełna restauracji, ona urzeka mnie na swój sposób ze względu na jej wąskie brukowane ścieżki, krzątających się kelnerów, zapach jedzenia (sama miałam  okazję jeść tutaj moje pierwsze mule), ale z drugiej strony ciężko tamtędy przejść. Kelnerzy zaczepiają każdego i są skłonni nawet mi się oświadczyć, bylebym tylko weszła do ich restauracji na obiad. Czuję się osaczona i stwierdzam, że ta walka o klienta odbiera magię miejsca. Owszem, Grand Place jest przepiękny i lubię tam przebywać. Obok gotyckiego ratusza czułabym się jak księżniczka. Właśnie – czułabym się. Na ziemię sprowadzają mnie wszechobecni Chińczycy z aparatami.

Bruksela
Frytki, któż nie zna w Brukseli:)

Chciałabym zgubić się wśród ulic miasta, odnaleźć wszystkie graffiti z Tintinem i Lucky Luckiem, zatrzymać się na piwo w jakimś hipsterskim barze, ale ile razy próbowałam to zrobić, tyle właściwie kręciłam się w kółko i natrafiałam na wciąż te same miejsca. Raz tylko udało mi się dokonać odkrycia, podobne miejsca znalazłam w Paryżu, a to doprowadziło mnie do kilku przemyśleń. Chodzi o sklepy z designerskimi ciuchami, których jest dużo wokół Katherine Square. Krążyłam wokół witryn, zaglądałam do niektórych z nich i obudziła się we mnie ogromna żądza posiadania. To wielka strata dla polskich miast, że przy ulicach głównych miast powstają jedynie banki i kebaby. Nie można się już wybrać na spacer i pooglądać fajnych rzeczy. Ktoś powie, że mam jakieś głupie dziewczyńskie spojrzenie, ale to przecież takie małe firmy napędzają gospodarkę i dodają jakiejś różnorodności w świecie stworzonym przez Zarę i H&M. Tak, zmieniam swoje zdanie na temat Zary, już tam nie chodzę. Tak więc mam jeszcze jedno marzenie do dodania do listy marzeń – mały sklep z modą vintage. Co tam polityczna kariera!


  • mmmm belgijskie frytki- nr 1 na świecie!
    A po klimatyczne knajpki do innych belgijskich miast się na wycieczkę nie wybrałaś?
    P.S. czekam z niecierpliwością na Amsterdam!