Czy mogę zostać w Buenos Aires dwa tygodnie? Jasne, że mogę.

Pomyślałam sobie, że to niepoważne tak się zasiedzieć w Buenos Aires, ale co mam poradzić, skoro przejazd do Montevideo o tej porze roku jest za drogi, a bilety na najbliższy autobus do Foz do Iguaçu mogę dostać dopiero na poniedziałek.

Buenos Aires jest takie fajne, że mogę sobie spędzać cały dzień w kafejce, czemu nie. A mój hiszpański jest na tyle fajny, że mogę sobie załatwiać różne rzeczy, takie jak na przykład wymieniać dolary na czarnym rynku. Ekonomia nie jest moim ulubionym przedmiotem, ale krótko mówiąc Argentyna ma przerąbaną sytuację jeśli chodzi o inflację. Dlatego w Buenos Aires nie płacimy kartą i nie wymieniamy pieniędzy w kantorach, gdzie oficjalny kurs dolara wynosi jakieś 8 pesos za 1 dolara, a na czarnym rynku, to znaczy na ulicy Florida, gdzie panowie szeptają ci do ucha „cambio…” (właściwie to przekrzykują się nawzajem, ale chciałam dodać trochę mafijnej atmosfery), a potem idziesz z nimi do sklepu lub gdzieś tam, nie ważne, oni nazywają to biurem – tam wymieniamy 1 dolara za 11 pesos. Muszę przyznać, że w Buenos Aires wreszcie rzeczy kosztują dla mnie jakoś mniej. Nawet kupiłam sobie nową sukienkę, może wystąpię w niej na zdjęciach potem. A ponieważ już znudziło mi się fotografowanie autobusów, to teraz chodzę z telefonem i robię zdjęcia pod tytułem „corner of the streets”. Wyglądają nieźle.

W Buenos Aires podobają mi się ubrania i przypominam sobie , że istnieje takie coś jak moda i zakupy. Pozwalam sobie więc na zakup wspomnianej sukienki. Pozwalam sobie też obserwować ludzi i ich styl i bardzo podoba mi się ta moda na lata 90’ i buty na koturnach. Szczerze, to bardzo podobają mi się mężczyźni tutaj, chyba tylko dlatego tak łażę tymi ulicami Buenos Aires i przedłużam poszukiwania Facundo Arana. Nie będę się wygłupiać z robieniem im zdjęć, ale poniżej jest jedno zrobione na wystawie sklepowej i zapewniam was, że mężczyźni tak właśnie tutaj wyglądają.

A teraz trochę magii, która wydarzyła się w ostatnich dniach. Pamiętam, jak kiedyś w zimowy kopenhaski wieczór zapytałam moją koleżankę Alejandrę jak jest w Buenos Aires. Dziś mieszkam u jej brata i jego żony, która uczy mnie tańczyć tango. A w Salvadorze żartowałam sobie, że będę tańczyć tango z Phillem, który miał przyjechać do miasta tuż przede mną. Któregoś wieczoru docieramy na milonga do La Catedral, a Phill stoi przed wejściem, ot tak. Tysiące kilometrów, a i tak się spotykamy. Chciałabym, żeby tak się działo częściej, zwłaszcza z tymi wszystkimi świetnymi ludźmi, których poznałam na Couchsurfingu. A nie mówiłam, że w Buenos Aires włączy mi się melancholijny nastrój rodem z telenoweli ?

Untitled-1 Untitled-2 Untitled-3 Untitled-4

  • Robek

    Bardzo fajny wpis! Pozdrawiam serdecznie z Porto. Maciek.

    • Że też ktoś dokopał się do tego wpisu! Pozdrawiam z Warszawy!