Delirium i Chatelian: brukselskie miejscówy

W ostatnich dniach mojego pobytu w Brukseli odnalazłam dwa genialne miejsca. To bar z 200 gatunkami piwa o nazwie Delirium i targ spożywczy na placu Chatelain.

W Delirium można się rzeczywiście zatracić, kiedy barman zaserwuje nam piwo o 12% zawartości alkoholu, na Chatalein można zasmakować specjałów kuchni świata, zrobić zakupy na cały tydzień, a że jest to też miejsce towarzyskich spotkań, to można napić się piwa lub wina, jak kto woli.

Brzmię teraz jak przewodnik turystyczny, więc może lepiej napiszę to inaczej: to, co uwielbiam będąc za granicą, to fakt, że mogę przechodzić na czerwonym świetle. Tutaj wszyscy Polacy czytający tego bloga westchną, pozostałych raczej ten fakt nie zdziwi, więc jedziemy dalej. Drugą rzeczą jaką uwielbiam to to, że nie rozumiem języka, więc nie słyszę żadnych przekleństw i narzekań. Mogę co najwyżej zareagować na „Bonsoir Mademoiselle, ça va”, no i tutaj dochodzę do ostatniej rzeczy, a więc mojej nowo nabytej umiejętności zawierania znajomości na ulicy. Długo narzekałam na tą Brukselę, że niby tyle tu zagubionych podróżników, przejezdnych białych kołnierzyków, innych stażystów, a trudno kogoś poznać. Ale albo możemy narzekać albo coś z tym zrobić. I tak w ostatnich dniach mojego pobytu poznałam dwie genialne dziewczyny: Julię i Lindę. Tym sposbem wybroniła się Belgia w moich oczach, nawet fajne jest to miejsce. Miejsce frytek, piwa i czekolady.