A droga długa jest. (Lublana)

„Życie ludzkie dzieje się tylko raz i dlatego nigdy nie będziemy mogli stwierdzić, która z naszych decyzji była słuszna, a która zła, ponieważ w danej sytuacji mogliśmy zdecydować tylko jeden raz”

Milan Kundera, Nieznośna lekkość bytu

I tak to już jest, że niewłaściwe decyzje mogą zaprowadzić nas do właściwych miejsc. Tak właśnie było z moją Lublaną. Nigdy nie dowiem się, czy rozdzielenie naszych dróg z Felipe było słuszną decyzją, w każdym bądź razie jedyną, jaką wtedy można było podjąć. Chociaż bardzo przykrą.

Jakoś tak to się stało, że któregoś wieczoru w Budapeszcie rozmawiałam w pubie z Amerykaninem, który postanowił, że co roku przez trzy miesiące będzie mieszkać w jakimś europejskim mieście. Wygląda to jak kosztowanie życia, sprawdzanie jak jest tu, a jak tu, tak, aby pod koniec życia mieć więcej doświadczenia i wiedzy. Trochę tak, jakbyśmy mieli kilka żyć. Trochę tak, jakbyśmy na przekór Kunderze mogli decydować kilka razy. Kilka dni później okaże się, że Murray będzie jechał do Słowenii dokładnie w dniu, w którym ja chciałam tam jechać. To się będzie nazywać autostop umówiony, bo umówiliśmy się z Murrayem, że nas zabierze i nie zechce za to opłaty. Razem z nami jechała kolejna Amerykanka, jej imienia już nie pamiętam, więc nazwijmy ją Kate.

Co robisz w Europie, Kate? Aaa, przyjechałam na dwa miesiące odwiedzić mojego chłopaka w Austrii. Ale zostawił mnie, więc mam teraz dwa miesiące dla siebie.

Podróżuję więc dookoła. Miało być tak, a jest inaczej – obie z Kate możemy potwierdzić, że nie można liczyć na mężczyzn. A w podróży trzeba być elastycznym i otwartym na wszystko. Potwierdzą to kolejne nasze dni.

Co sobie myślisz jak siedzisz w aucie z dwojgiem obcych Amerykanów gdzieś pomiędzy Węgrami a Słowenią? Że to musi być początek nudnej rozmowy. Amerykanie są bardzo grzeczni i nie schodzą na kontrowersyjne tematy, wolą  powierzchowne rozmowy. Dopiero gdzieś na początku Słowenii dowiem się o nich czegoś więcej. Okazuje się, że dla Murraya wynajęcie auta i przejechanie się z Węgier do Chorwacji (Split był jego końcowym przystankiem) to tylko takie o, hop siup. Jest doświadczonym kierowcą (owszem, pomyślałam sobie: a co, jeśli wypadek?), a doświadczenie zdobywał na drogach Tadżykistanu, gdzie strażnicy graniczni przystawiają ci AK44 do głowy, gdzie zatruwasz się kiełbasą z Ukrainy wiezioną od dwóch tygodni w czterdziestostopniowym upale i gdzie w szpitalu mogą ci jedynie dać szota z witaminy B12 i aspirynę. Na sam koniec pytam Murraya: to, co warto jednak podróżować? Czy dla przygody było warto narażać życie twojego przyjaciela? Jestem pod wielkim wrażeniem i oczywiście zmieniam zdanie, że Amerykanie są nudni.

Kiedy dojeżdżamy do Lublany Murray pyta kto gdzie dziś śpi. „Ja u takiego i takiego hosta”, mówi Kate. „A ja u takiego”, „Na serio, a jak on wyglądał na zdjęciu, jak miał na imię?” Okazuje się, że ja i Murray zostaliśmy zaproszeni przez tą sama osobę. Całkiem przypadkiem lądujemy razem na Couchsurfingu u Dejvida. Mamy szczęście. Lublana nie byłaby Lublaną bez Dejvida. Wieczorem, kiedy zajeżdżamy pod jego blok jest już niemal zero stopni. Na powitanie dostajemy kieliszek rakija, w tle już rozbrzmiewa bałkańska muzyka, a w garnku odgrzewa się zupa z zielonej fasoli. Na deser idziemy do piekarni po „rogaliczki”. Postanawiam odbyć głębszą podróż po Bałkanach, bo to jednak co innego jak jedziesz sobie do Amsterdamu albo Paryża, gdzie na Couchsurfingu boisz się otworzyć lodówkę, i nikt cię nie zapyta czy chcesz herbaty albo coś. Tutaj jest po prostu piękne.

raki słowenia
powitalny drink
IMG_2842
kosztujemy potraw w restauracji

Następnego dnia bierzemy samochód, który wynajął Murray i jedziemy pooglądać sobie krajobrazy Słowenii w Bledzie. Uroczo. Przeuroczo. Zdjęcia na przykład wyglądają tak:

Wieczór spędzamy włócząc się po alternatywnej części Lublany. I teraz tak: jeżeli Kopenhaga ze swoją Christianią myślała, że jest cool, to może się teraz schować, bo Metelkova jest najbardziej hipsterowym miejscem do picia i spędzania wolnego czasu. Na zdjęciach wygląda pusto, ale pamiętajcie, że było już tylko około 10 stopni, więc niespecjalnie zachęcająco. Ale co tam się może dziać latem, to ho, ho! Dodam, ze zaraz obok jest hostel Celica, fajnie było by się tam zatrzymać. I jeszcze: jeżeli Berlin myślał, że jest najbardziej rowerowym miastem, to też się może schować, bo Lublana z rowerami daje sobie nieźle radę. Ogólnie bardzo lubię.

collage

Po tym wszystkim mam okazję jechać do Chorwacji, ale wymyśliłam sobie challenge, że wrócę do Budapesztu autostopem. Moje autostopowe doświadczenie jest bardzo nikłe, ale nikły jest też mój budżet, więc jak mus to mus. Staję na wylotówce z Lublany, nie mija 10 minut, kiedy dołączają do mnie dwie dziewczyny, okazuje się, że z Polski. Nie mijają dwie minuty, nie zdążyłyśmy dobrze rozwinąć transparentu, że Maribor, a zatrzymuje się małe czarne Porshe i Serb za kierownicą. Trochę się waham, ale widzę fotelik dla dziecka na tylnym siedzeniu, więc wsiadamy. Dziewczyny nie wahają się ani trochę. Polskie dziewczyny=odważne dziewczyny. Serb sam wybiera mi stację, z której, jego zdaniem, najłatwiej będzie mi pytać o podwózkę do Budapesztu. Już jadąc w tamtą stronę z Murrayem i Kate widziałam dużo ciężarówek na polskich blachach i już wtedy wiedziałam, że będę z jedną wracać. Mówisz, masz, jak to się mówi. Jadę z panem Antkiem i przysięgam sobie, że nigdy więcej Tirów na autostop – za wolno to coś jedzie, limity i w ogóle. W dodatku pan Antek Kierowca Tira zostawia mnie na obwodówce Budapesztu w takim miejscu, gdzie, jak informuje mnie pierwsza napotkana osoba w sklepie przy stacji benzynowej, trudno złapać coś do miasta. Ale ta pierwsza napotkana osoba okazuje się dobrą osobą i wraca po mnie, żeby zawieźć mnie do Budapesztu, nawet jeśli jest jej to nie po drodze i nawet jeśli musi zadwonić do żony. Słyszę to, śmieje się, kiedy mówi, że będzie w domu trochę później niż planował. Tak oto udaje się mój autostop. Wróciłam do Budapesztu, skąd jutro biorę samolot do Rzymu.

Na koniec dziewczyna, która chciała mieć ładne zdjęcia i mistrzowie drugiego planu.

Słowenia