Dwa dni w Wiedniu!

Tuż po powrocie z Kopenhagi przesiadłam się do Polskiego Busa, który w jakieś 7 godzin zawiózł mnie do Wiednia. Małe wycieczki po Danii zaostrzyły mój apetyt na podróże i Wiedeń miał być małym substytutem wakacji. Czy mi się podobało? Otóż zanudziłabym się na śmierć, gdyby nie Couchsurfing.

Ileż można łazić pomiędzy wielkimi pałacami i okazałymi kamienicami? Dzięki mojemu hostowi miałam okazję przebiec się w biegu ulicznym i poudawać, że pracuję w korporacji, zjeść sznycla, popić piwem i jeszcze dostać medal. Poza tym jedynym wyzwaniem włóczyłam się po mieście albo uprawiałam Hop On, Hop Off dla ubogich, czyli kupujesz dobowy bilet tramwajowy i jeździsz przypadkowymi liniami, w końcu któryś tam cię zawiezie w odpowiednie miejsca, takie jak opera, Belweder i Museum Quarter.

Tort Sachera? Ot, taka sobie atrakcja. Owszem, masz wrażenie, że jesz coś magicznego, coś jakby tort zawierał sok z Gumijagód albo tajemniczy składnik wywaru Panoramixa i myślisz, że jak zjesz, to cos się stanie, a jedyne, co się stanie, to przyniosą ci rachunek na 5 euro. Dlatego ja osobiście polecam Bufet Trześniewski, gdzie panie z PRL-owską uprzejmością („Co podać?!”, „Soku z malin nie ma, z jagód jest!”) serwują mini kanapeczki, a atmosfera jest genialna. Te soki też niczego sobie.

Hundertwasserhaus znalazłam bez używania przewodnika i mapy (mapę schowałam do kieszeni jak tylko przebrani w XVIII wieczne stroje Biletowi Zachęcacze zaczęli mi proponować randki jeśli tylko kupię jakiś bilet albo zjem w ich restauracji). Sprzedającą w sklepiku na dole Chinkę zatkało moje pytanie na temat miesięcznego czynszu w tej kamienicy, widać wszyscy turyści kupują tylko magnesy na lodówkę oraz ołówki i spadają, ale ja taką łatwą turystką nie jestem. Nie kupuję sobie reprodukcji Klimta na fartuszku kuchennym, nie dlatego, że nie lubię Klimta, uwielbiam go i jego historię, ale po prostu jest go za dużo w tym Wiedniu. A podobno, kiedy tam żył, to go tak bardzo nie lubili. A teraz ołóweczki się sprzedają…

Pocałunek Klimt

  • Mario

    U Trzesniewskiego pracuja sami Austracy 😀

  • Tak, tak, pani powiedziała to do mnie po angielsku, ale po prostu takim samym tonem jakby to było w sklepie Społem, pod Kielcami, w 1980 roku.