Fawele w Rio de Janeiro

A obiecałam rodzicom, że nie będę chodziła po fawelach, a tu bam! już czwartego dnia mojego pobytu ląduję na imprezie w jednej z nich. Mój host mieszka naprzeciwko Copacabany, ale przecież typowe rozrywki są nudne, wieczorem zabiera mnie w zupełnie przeciwną niż plaża stronę. Tam testuję największą butelkę piwa jaką widziałam (1l), najtańszy ryż z fasolą (3 razy tańszy niż w mieście). I oczywiście funk carioca. Tańczą wszyscy, nie ma tak, że imprezowanie to przywilej dwudziestolatków. Na imprezę przychodzi babcia w kolorowym kostiumie, 12-latki w bardzo obcisłych miniówkach, jakieś pary na motocyklach. Dookoła psy i poplątane kable.

Tak wyglądał mój pierwszy wieczór w Rio. A dziś jestem gościem u Aline, która przejechała pół Europy autostopem, co właściwie nie byłoby takim wyczynem, mnóstwo backpackersów to robi, ale ona tą Europę przejechała bez pieniędzy. Każdy Duńczyk by się puknął w głowę i spytał: „Czemu po prostu nie weźmiesz pociągu?” (tak spytał mnie jeden gość na mojej trasie Odense-Kopenhaga). Czemu po prostu nie wzięła pieniędzy? Chyba, żeby udowodnić, że tak się da. Co ciekawe, jeszcze z tej wycieczki przywiozła souveniry i to takie, że ho ho, zawieźliśmy je dla dzieci do jednej z faweli.

Powiem tak: fawele wyglądają trochę jak Christiania w Kopenhadze, z tym że to się dzieje naprawdę, to nie jest nostalgiczne westchnienie hipisa z dobrze płatną posadą w Nordea banku.

Tam jest proste życie i mocniejsze niż marihuana narkotyki. Moim zadaniem było zrobienie właśnie tych zdjęć, ale na przykład zostałam ostrzeżona, żeby nie fotografować ulicy za nami, po tam stoją dealerzy.

Dzieci były strasznie zdziwione, że mam na imię Wiola, jak można w ogóle mieć na imię tak, jak instrument? Jeden z chłopców, który był z nami powiedział: „I to jest prawdziwa Brazylia”. Czy jest? Na pewno od tej pory Brazylia to dla mnie uśmiechnięte buzie. Cieszę się, że tu jestem.