Kopenhaskie festiwale: trochę muzyki i dużo ludzi

Uwielbiam ten chillout: koc, kilka piw, dużo ludzi, muzyka. Dawno już zdradziłam rocka dla smooth jazzu. Teraz wydaje się, że robię to samo dla elektronicznej muzyki (!). Wciąż nie wiem o co chodzi z tym dub stepem, ale mocniejsze bity wpadają mi ostatnio w ucho.

Bombą mojego pobytu w Danii jest zespół The XX.  Może kiedyś będę miała okazję pójść na ich koncert. Na razie myślę sobie, że to takie proste i fajne zrobić festiwal z elektroniczną muzyką – wszyscy siedzą sobie grzecznie, nikt nie tańczy pogo, co dla mnie, osoby o wzroście 158 zawsze było tragedią. Można sobie zrobić fajne fotki, pogadać i wrócić do domu. Genialny sposób na niedzielę. Już dawno zapomniałam o szaleństwach z Distortion Festival, ale ten, na którym byłam ostatnio w parku niedaleko naszego domu był całkiem kulturalnym. Jak na duńskie warunki.

I podobno w tamtym roku grał tu Moby. W tym mogliśmy usłyszeć Röyksopp. Zupełnie za darmo. I można było wnieść swój alkohol. Uwielbiam Danię.  Uwielbiam za te tłumy, nie tylko na tym, muzycznym evencie, ale także na open air cinema w Fælledparken, gdzie oglądałam „Drive”. Po raz drugi, ale co tam. Soundrack tego filmu jest przecież genialny. Ryan Gosling też jest genialny. I lekki zapach marihuany unoszący się gdzieś w powietrzu. Tak właśnie będę wspominać te wakacje.