Florianópolis znaczy bikini!

Florianópolis to plaża + imprezy + niemieccy i francuscy turyści. Tak sobie wyobrażałam to miasto.

Jak zwykle nie miałam na nie pomysłu i czekałam co się wydarzy. Moja kolejna dwudziestogodzinna podróż autokarem po Brazylii i wysiadam na wyspie, która jest też wakacyjnym celem wielu Argentyńczyków. Swoim genialnym portugalskim proszę o kawę, ale dukam to tak, że biorą mnie za Argentynkę właśnie. Na pożegnanie słyszę – „gracias”! Siedzę na poczekalni, rozkładam mapę i myślę co dalej, bo po raz pierwszy w życiu Couchsurfing mnie zawiódł i nikt na mnie nie czeka w tym mieście. Głupi niemieccy i francuscy turyści. Biorę więc pierwszy z brzegu hostel z hostelworld i jadę. Już drugiego dnia wyprowadzam się z hostelu. Znów dzieje się magia, znów poznaję fantastycznych ludzi i nie muszę się martwić co będę robić i gdzie będę to robić, bo dzieciaki mają plan. I to całkiem doskonały plan – będziemy robić piesze wycieczki! We Florianópolis można znaleźć takie plaże, gdzie jesteś sam, tylko sam. Nie ma obwoźnych sprzedawców, tych od „água, coca cola, cerveja!”, sam sobie musisz przynieść kanapki z tuńczykiem. Jest tak, że jak sobie wyobrażę mapę i pomyślę gdzie ja teraz jestem, to ogarnia mnie takie szczęście…

A więc plaża wyglądała tak:

DSCN7972

DSCN7974A ja zabrałam Jima Morrisona na plażę.DSCN7976A teraz bonus – ja w bikini!
1947461_10152011534822205_1826478506_nŚmiejemy się, ale tak naprawdę to była trudna przeprawa przez las. Zwłaszcza po wczorajszych sambach i cervejach.