Frederiksberg cz. 1

Frederiksberg zajmuje jedną piątą miasta, ale jego mieszkańcy z dumą oświadczają, że oni nie mieszkają w Kopenhadze, oni mieszkają na Frederiksbergu i to są całkowicie dwie różne rzeczy.

Ta gmina ma swój własny ratusz i swoje własne podatki, a jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Pieniądze z tych podatków właśnie. To też trochę tak jak z Sosnowcem, który według wszystkich Ślązaków powinien zostać wykluczony z ich świata.

Generalnie zbyt wielkich różnic pomiędzy stolicą, a zakotwiczoną w niej tą śmieszną gminą nie ma. Oprócz tych podatków podobno. I oprócz większej ilości ojców spacerujących z wózkami. I emerytów robiących zakupy w sklepie rybnym.

I większej ilości malutkich kafejek, gdzie za 30 DKK za espresso można spowolnić czas.

I wielkiego parku, gdzie mieszkają słonie, ale można je zobaczyć tylko w niedziele. Spokój. Kiedy się tam przeprowadzisz władze gminy prześlą ci list z powitaniami i zaproszeniem na szampana do ratusza. Taki mały bruderszaft, imprezka dla wszystkich, którzy w ciągu ostatnich miesięcy postanowili ulepszyć swoje życie i przeprowadzić się na Frederiksberg.

Kiedy idziesz Frederiksberg Allé masz wrażenie, że z tych uroczych kamienic zaraz wyskoczą Muppety, a za rogiem nie będzie Falkoner Allé, ale nic innego jak Ulica Sezamkowa. Ja tam wierzę w takie rzeczy i zdjęcie, na którym jestem taka malutka, że widać tylko plamę mojej czerwonej spódnicy, ilustruje jak czekam na Mamę Muminka tuż przy ich domu.

  • Ładnie tam! Masz świetną spódnicę, wyglądasz świetnie.