Julia Raczko: „Gdzie jest Julia?”. Recenzja książki.

Gdzie jest Julia książka

Ta książka powinna mieć tytuł: „Z kim jest Julia?”, bo przez niemal 300 stron Julia chodzi i spotyka się ze znajomymi – a to w Indonezji, Australii, Chile czy Peru. W sumie 10 krajów, które odwiedziła na przełomie 2012 i 2013 roku (oprócz wspomnianych czterech były jeszcze: Tajlandia, Malezja, Nowa Zelandia, Polinezja Francuska , Kuba i Meksyk). Pamiętam jej bloga z tamtych czasów, miał taki szablon, coś z różowym, pisała bardzo entuzjastycznie. Podczytywałam czasem. Mieszkałam wtedy w Kopenhadze ciężko pracując, jeszcze nie wiedziałam, że i mi dane będzie pojechać w 6-miesięczną podróż…

Książka to spis przygody, którą przeżyła Julia: samotnej podróży dookoła świata. Chociaż Julia wcale a wcale nie była samotna, na swojej drodze spotykała wielu ludzi: od recepcjonistów w backpackerskich hostelach, poprzez znajomych kuzynów kolegów z pracy, blogerów-emigrantów do swojej mamy, która odwiedziła ją na Bali oraz przyjaciółki, z którą samochodem zwiedzała Kubę. Mniej jest opisów miejsc, więcej dialogów i przemyśleń związanych z odbytymi rozmowami i to mi się podoba.  Julia podejmuje się również pewnej analizy społecznej ludzi mieszkających w danych krajach, chyba najlepiej pod tym względem udaje się jej rozdział o Polinezji Francuskiej i Kubie. Chociaż broni się przed porównywaniem, wyrabia sobie swoje zdanie i zapisuje to, czym była zaskoczona lub czego się dowiedziała.

Chyba tylko raz Julia jest sama, mianowicie w Peru. Mogę wyobrazić sobie co czuje siedząc i patrząc na Machu Picchu – tą radość z bycia samemu, możliwość przemyślenia wielu spraw i jednoczesny żal, że nie możesz odwrócić głowy i powiedzieć do kogoś: „fajnie tu, co nie?”.

„Uciekają mi ich kłopoty i chwile radości, pierwsze kroki ich dzieci, plany i realizacja pomysłów, słowo „tak” wypowiadane przed ołtarzem, codzienne życie, którego dotychczas byłam częścią. Tam wszystko toczy się dalej, nic ani nikt nie czeka aż wrócę, nie da się nacisnąć pauzy.”

Spacerując po Miraflores wspomina o Mario Vargas Llosa. Kiedy to czytam przypominają mi się moje ulubione „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”, której akcja zaczyna się właśnie w tej dzielnicy Limy. Niegrzeczna dziewczynka podróżowała po całym świecie, uciekając i szukając szczęścia. Gonił za nią Ricardo. Poznali się jako nastolatkowie i ta miłość została mu na całe życie. Podążał za nią przez  Limę Japonię, Francję i Hiszpanię, gdzie spotykali się w różnych  etapach swojego życia. Chyba dziś już nie ma takich mężczyzn na świecie, gotowych w imię miłości podejmować ryzyko, którym jest właściwie jedno zdanie: spędźmy razem tydzień w Nowej Zelandii albo Meksyku. Jednym takim był Ricardo (który, umówmy się, był postacią wymyśloną), drugim Sam, dzisiejszy partner Julii. Poznała podczas swojego pobytu w Australii.

Ci, którzy choć trochę kojarzą tą historię z bloga (czytaj: ja), pewnie będą z nadzieją na romantyczne smaczki czytać szybciej, żeby dotrzeć do tego rozdziału. Od razu wam powiem: wątek Julii i Sama jest bardzo okrojony. W sumie zbyt wiele o tym Samie nie wiemy, oprócz tego, że ma duże poczucie humoru, a to i tak wnioskujemy z opisanych sytuacji. Autorka rzadko oddaje mu głos w dialogach, a szkoda. Wiemy, że trzy dni po wylądowaniu w Warszawie, Julia oznajmi swojej rodzinie, że wyprowadza się do Australii, ale kiedy wpadła na ten pomysł, kiedy one jej to zaproponował, jak to powiedział, jakie mieli wątpliwości – zostało w książce przemilczane. Uważam, że wątek miłosny mógłby być bardziej opowiedziany, Nicholas Sparks to nie jest, ale doskonale rozumiem, że trudno opisać swoją własną (i prywatną!) historię. Też czułabym się dziwnie, gdybym miała o czymś takim pisać.

„W nagłym przypływie uczuć, w magii sylwestrowej nocy, po kilku lampkach szampana całujemy się, a los podarował nam, oprócz siebie – niebo pełne gwiazd, widok roziskrzonego Melbourne i być może… miłość?”

Cała książka poprzeplatana jest autentycznymi cytatami z jej dziennika, co daje fajny efekt, bo przecież historia jako całość spisywana była dopiero teraz. Do tego dochodzą praktyczne wskazówki, znajdziemy je na końcu każdego rozdziału. Styl Julii? Jest zabawny. Fajnie buduje niektóre sceny, na przykład ta o dwóch karaluchach o niecnych zamiarach lub opis roadtripu po Kubie – pomysłowy!

Tak, jak wspomniałam na początku, w książce występuje wielu bohaterów, czasem aż się gubiłam w tych wszystkich koneksjach i już nie pamiętałam kto jest kim i skąd się wziął. Wniosek jest taki, że podróżując samotnie, można spotkać wiele osób i karmić się ich historiami zamiast odhaczać zabytki z listy „must see”. I do takiej podróży przekonuje Julia w swojej książce. Czy zainspiruje ciebie?

„Stoję w hali przylotów, mam gęsią skórkę na plecach, czekam. Z jednej strony cieszę się, że zaraz do mojego podróżniczego świata dołączy ktoś bliski, z drugiej – boję się, że ten ktoś zabierze mi moją przytulna przestrzeń. Przestrzeń, którą podróżując w pojedynkę, wpuszczam innych tylko z wyboru.”

Podróżowaliście kiedyś samotnie? Macie jakieś ciekawe historie o spotkaniach na drugim końcu świata?
  • Książka zapowiada się ciekawie i jak tylko wrócę do Polski, to się za nią zabiorę 🙂 Uwielbiam takie podróżnicze zbiegi okoliczności i spotkania na drugim końcu świata!

    • Wiesz Karola, nasza spotkanie też jest jakby nie patrzeć konsekwencją wszystkich innych, które wydarzyły się w mojej podróży 🙂 Póki co – opalaj się tam i badaj! Buziaki

  • Dziękuję Wiola! Za szczerość 🙂 I czas poświęcony na a) przeczytanie b) napisanie tego wpisu. Obiecuję więcej romantyzmu, kiedyś, w przyszłości. Trzymaj kciuki!

  • Zapraszam na Share Week: http://wolniej.com.pl/share-week-2016/ 😉