Imprezy w Kopenhadze

Były studia po duńsku to teraz będzie party po duńsku, w końcu jedno musi być po drugim.  Plus do tego reklama kawiarni Coffee Factory. Imprezy w Danii to temat, który zainteresuje każdego Erasmusa. Długo zbierałam się, żeby napisać takiego posta, bo też długo nie chciałam przyjąć tego do wiadomości, długo nie mogłam zrozumieć i dopasować się do panujących tu zasad życia towarzyskiego.

Piątek to dzień, w którym każdy ma prawo sponiewierać się do granic możliwości i jak ci się to nie podoba, to musisz tylko uważać, żeby nie rąbnął cię jakiś pijany rowerzysta, kiedy wracasz do domu. Zawsze też możesz spróbować i doświadczyć tych, hmmm, ciekawych, naprawdę ciekawych rzeczy, to nawet może być fajne.

kawiarnia w Kopenhadze

I tak, jak zwykle na ulicy nikt się do ciebie niepotrzebnie nie odezwie, to w piątek nagle wszyscy są odważni. Ale niech cię nie zwiedzie ten niezwykle przyjacielski sposób bycia, bo po tych kilku drinkach nie przyjaźń się liczy, tylko pytanie: „u mnie, czy u ciebie?”. A cała bajka kończy się wraz ze słowami „good morning”. Następnego dnia znów widzisz niebieskookich blondynów zaklętych w kamień i czekasz do następnego piątku. I jeszcze żeby życie było jak w tej scenie z mojego ulubionego filmu z ulubionym aktorem „August Rush”, gdzie oni budzą się tacy słodcy i kochani, i żeby taki Jonathan Rhys Meyers, który ci śpiewa:

I wondered what might happen if I left this all behind. Would the wind be at my back ? Could I get you off my mind?

istniał naprawdę…

A jak już tak śpiewamy sobie te piosenki, to słyszałam w radiu, że ten utwór z tekstem „Hey, I just met you and it’s crazy, but here’s my numer, so call me maybe” właśnie w Danii jako w pierwszym kraju trafił na szczyt list przebojów. Doskonale rozumiem dlaczego. Doskonale też wiem, że oni raczej nie dzwonią.

Zawsze rozczulał mnie widok tatusiów uprawiających poranny jogging z wózkiem i siedzącym w nim bobasem. I popołudniowe pary jadące na kolację z kilkuletnimi dzieciaczkami na bagażniku ich rowerów. Ale teraz mnie to nie rozczula, teraz mnie to zastanawia, w jaki sposób oni pokonują tą drogę: od przypadkowej znajomości do szczęśliwej rodzinki. Biorąc pod uwagę, że tylko alkohol otwiera ich na nowe znajomości, wydaje mi się to jeszcze dziwniejsze. Jednak jakby na to nie patrzeć – to nie mój problem. Chociaż… Jedno mi się podoba: takie bycie bezpośrednim. Po prostu. I to jest nie tylko w relacjach towarzyskich, także w tych koleżeńskich, także w pracy.

Wróćmy jeszcze na moment do tych piątków. Dla mnie to momenty niesłychane. Te chwile, kiedy wracam do domu około północy (ze zwyczajnego spotkania), a słońce właśnie zachodzi. Albo o czwartej nad ranem (z imprezy), a słońce właśnie wschodzi. Wracam na rowerze lekko pijana, mijam tyle ludzi, czasem nawet uśmiechają się do mnie i mówią „hi!”. Czasem mijam ich jak rzygają za parkanem albo idą przed siebie z błędnym wzrokiem, ale cóż, life is life…

Oczywiście nie mam żadnych szalonych zdjęć, które pasowałyby do tego posta, ale za to zamieszczam te, które zostały zrobione w jednej świetnej knajpie. Jakiś czas temu zrobiłam zdjęcie, które niespodziewanie zostało docenione w konkursie fotograficznym. Jego klimat był tak genialny, że postanowiłam sama sfotografować się w ten sam sposób w tej miejskiej przestrzeni, w której czuję się najlepiej – czyli w małej kawiarni.

  • Łukasz

    Wiolu, z tego wyjazdu powinien powstać piękny album zdjęć, które nam tu przedstawiasz. W połączeniu z tymi tekstami dałoby niezłą powieść. Tytuł? „W piątek w Danii na bani” 🙂 Chociaż pewnie masz lepsze pomysły 😉

  • nadia

    Jakim aparatem i z jakim obiektywem robisz zdjęcia?

    • Wiola

      To prosty i zwyczajny aparat: Nikon Coolpix L120. Żaden ze mnie profesjonalny fotograf:)

  • Wiola

    Piątek w Danii wcale nie jest do bani:) Same najlepsze zdjęcia zamieszczam na blogu, resztę zachowuję dla siebie.