Iza Klementowska: „Szkielet białego słonia”. Recenzja książki.

szkielet białego słonia

Przeczytałam cudowną książkę i chciałabym Ci o niej opowiedzieć. To „Szkielet białego słonia”, którą napisała Iza Klementowska. Iza jest moją idolką, odkąd odłożyłam na półkę (a właściwie to zarchiwizowałam na Kindlu) „Samotność Portugalczyka”.

Trzy razy przychodziłam do Wrzenia Świata, żeby sięgnąć po tę książkę. Mariusz Szczygieł namawiał mnie na tiramisu, a ja tylko chciałamjak najszybciej dostać moje latte i zająć stolik przy oknie. Kilka miesięcy wcześniej zainteresowałam się programem Polskiej Szkoły Reportażu. Po zobaczeniu ceny kursu stwierdziłam, że przeczytam sobie tylko listę lektur… Tak trafiłam na „Samotność…” Dopiero przeprowadziłam się z Portugalii i w głowie wciąż szumiało mi wino verde. Byłam głodna wszelkich historii, które mogłyby się rozgrywać przy małych stoliczkach przykrytych ceratą z wzorkami w sardynki.

I zanim przejdę do książki „Szkielet białego słonia”, muszę wrócić myślami do jeszcze jednej rzeczy. Do tej letniej nocy na Placu Zbawiciela. Fernando pojawił się w moim życiu na chwilę i szybko zniknął, ale w pamięci utkwiło mi jedno jego zdanie. Zdanie wypowiedziane przy zdezorientowanym kelnerze, który stawiał przed nami trzeci Aperol Spiritz i dziwił się, dlaczego za każdym razem rozmawiamy między sobą w innym języku: angielskim, portugalskim i polskim. Zdanie, które brzmiało tak:

– Europejskie korporacje chętnie zatrudnią czarnoskórego pracownika, nawet, gdyby miał gorsze kwalifikacje niż ktoś stąd. Po prostu chcą pokazać, że są cool, mając w teamie czarnoskórego mężczyznę.

Ciekawe, nie? Myślę, że jest w tym dużo prawdy. Dla firm w Lizbonie mogą dochodzić do tego wyrzuty sumienia…

„Szkielet białego słonia” – rozszerzona historia Portugalii

„Szkielet…” to książka tak fascynująca, że moim kolejnym największym marzeniem jest podróż do jednego z trzech krajów byłych kolonii portugalskich.

Mogłoby się wydawać, że Portugalczycy są narodem romantycznym i melancholijnym, nie dotknęły ich wojny światowe, spędzają życie na patrzeniu w dal i popijaniu kawy. Ale mają mnóstwo na sumieniu. Po przeczytaniu tej książki, w głowie rysuje mi się obraz Laurenço Marques, czyli dzisiejszego Maputo jako miasta pełnego opuszczonych willi, w których mieszkali bogaci Portugalczycy. Na międzynarodowym kontrakcie romansowali z pokojówkami.

„– Kim byliśmy i co z nas zostało, widać najlepiej na północy Mozambiku – wróciło wtedy do mnie zdanie wypowiedziane jeszcze w Lizbonie przez znajomego Portugalczyka. – Chociaż pewnie wielu moich rodaków by się ze mną nie zgodziło, to Grande Hotel de Beira jest dla mnie symbolem wszystkiego, na co zasłużyliśmy sobie w Afryce. I niestety również skutkiem ubocznym naszej obecności.”

A potem w ciągu 24 godzin zabrali swoje 20 kilogramów i zostawili wszystkie wyrzuty sumienia. Wredni Portugalczycy. Mozambik wydaje się być wyeksploatowanym rajem.

Już przy czytaniu poprzedniej książki Izy, miałam wrażenie, że magiczne historie przychodzą do niej same. Kiedy siedzi w kawiarni, kiedy zagaduje kogoś w busie. Podczas pobytu w Mozambiku udało jej się zebrać materiał na genialny reportaż. Znowu trudno jest mi napisać recenzję, dlatego dodam jedynie, że jeśli ktoś interesuje się Portugalią, koniecznie powinien poszerzyć swoją wiedzę to tematy związane z kolonizacją. Książka Izy Klementowskiej na pewno mu w tym pomoże.

Najbardziej podobał mi się rozdział ostatni: „Koniec, a raczej początek”, w którym Luis, wnuk portugalskich emigrantów staje przed furtką do domu swoich dziadków. Boi się wejść, bo nie wie jaka historia kryje się w przeszłości tej willi. Dziś mieszkają w niej Mozambijczycy, ale czy w przeszłości mogło wydarzyć się coś, co sprawiłoby, że domownicy nie chcieliby otworzyć mu drzwi?

Jest jeden bardzo ciekawy film, który w pewien sposób pokazuje życie bogatych Portugalczyków w afrykańskich koloniach. Nosi tytuł „Tabu”:

Niech was nie zwiedzie trochę nudnawy początek, ponieważ potem historia zmienia się w niezwykle ciekawy splot przypadków, romansów i zbrodni.

Nikt tu nie mówi po angielsku…

Na koniec, jedna sprawa, właściwie jedno zdanie wyrwane gdzieś z kontekstu, które niezwykle mnie zaintrygowało:

Jestem zdziwiona, że tutaj prawie nikt nie mówi po angielsku – powiedziała mi pewnego dnia Michaela, młoda Niemka, od roku wolontariuszka w jednej z organizacji NGO w RPA. Do Mozambiku przyjechała na krótkie wakacje.
– Przez ostatnie lata Mozambijczycy mieli większe problemy niż nauka języka angielskiego: wojna kolonialna, potem domowa, potem odbudowa kraju… – próbowałam tłumaczyć.

Cóż, być może Michaela była taką samą wolontariuszką, jak Barbie Savior:

 

Click To Tweet
  • Ela

    To mnie przekonałaś! I do „Szkieletu białego słonia”, i do „Samotności Portugalczyka” i do… listy lektur Polskiej Szkoły reportażu! Kurczę, kolejna książka, którą muszę przeczytać. Tym bardziej, ze Portugalia coraz bliżej memu sercu… 😉

    • Lista lektur nie kojarzy nam się najlepiej… ze szkoły… Ale tę koniecznie trzeba przerobić:)