Jak zacząć karierę w public relations?

Nie to, żeby moja kariera nabrała jakiegoś rozpędu… ale chciałam napisać ten motywując post dla wszystkich, którzy na lodówce mają napisane: 1. Obrona pracy magisterskiej. 2. Praca w public relations.

Zaczynamy od pięciu ciekawych faktów o Starczewskiej:
-uwielbiam Jima Morrisona
-oglądam filmy z Louis de Funès
-mówię po portugalsku
-mam 158 cm wzrostu
-w 2011 roku wygrałam konkurs ‘PRaktykuj za granicą’ organizowany przez Instytut Monitorowania Mediów i wyjechałam na staż do londyńskiej agencji public relations Fleishman Hillard.

Konkurs organizowany jest co roku wiosną. Na stronie Instytutu Monitorowania Mediów zostają ogłoszone pytania konkursowe, które polegają na stworzeniu strategii komunikacji dla organizacji pozarządowej. W moim przypadku (2011 rok) była to fundacja Dzieci Niczyje, wybrałam zadanie dotyczące stworzenia strategii komunikacji dla Telefonu Zaufania Dla Dzieci i Młodzieży 116111 i propozycji zmian na stronie internetowej. Konkurs składał się z trzech etapów: przesłania krótkiego breifu z propozycjami działań, potem 20 osób z najlepszymi pomysłami zostało zaproszone do drugiego etapu, w którym należało stworzyć pełną strategię, na koniec 10 najlepszych studentów przyjechało do Warszawy, aby zaprezentować swoje pomysły za pomocą Power Pointa. Jury wybrało trzy, ich zdaniem najlepsze, prezentacje i tak Starczewska pojechała do Londynu z 2000 złotami kieszonkowego i kontraktem w najlepszej agencji PR na świecie.

Praktykuj za granicą
To pamiątkowe zdjęcie zostało zrobione zaraz po ogłoszeniu wyników finału.

Na studiach byłam bardzo aktywna, wręcz szalenie aktywna i jarałam się wszelkimi tego typu konkursami. Z public relations miałam piątkę w indeksie, ale szczerze, to nie miałam pojęcia jak piszę się strategię komunikacji. Ten konkurs był dla mnie wyzwaniem, zaczęłam czytać wszystkie książki na ten temat, analizować case study uczestników z poprzednich lat oraz użyłam swojej największej super mocy – kreatywności. W ten sposób udało mi się przesłać całkiem poprawną strategię tuż przed deadlinem. Po ogłoszeniu wyników pierwszego etapu byłam… przedostatnia w punktacji. Musiałam zmobilizować się bardziej, ucierpiały na tym moje oceny z teorii polityki i stosunków międzynarodowych, ale kogo obchodzi teoria gier i ‘dylemat kurczaków’ jako niekooperacyjna gra o sumie niezerowej na przykładzie kryzysu kubańskiego w 1962 roku, kiedy trzeba zrobić research na temat Telefonów Zaufania i najnowszych trendów w budowaniu stron internetowych. London calling.

To niesamowite jak bardzo przyłożyłam się do tego projektu. Pojechałam nawet do gimnazjum, do którego uczęszczałam jako nastolatka, żeby zrobić ankietę wśród dzisiejszych nastolatków i spytać ich co myślą na temat Telefonu Zaufania, rzeczy, wydawałoby się przydatnej w latach 90’, ale nie teraz. Moja rozszerzona strategia komunikacji przeszła do finału plasując się na drugim (!) miejscu w punktacji.

Londyn

Na koniec postanowiłam wykończyć przeciwników swoją prezentacją. Mam bardzo dużą wrażliwość estetyczną, dlatego nigdy nie lubiłam tego, co ludzie robią na studiach, milion linijek tekstu i milion bullet pointów. Chyba intuicyjnie, chyba mam taki dar, nie wiem, ale przygotowałam prezentację bogatą w obrazy i duże czcionki. Obejrzałam kilka filmików ze Stevem Jobsem przedstawiającym najnowsze Mac Booki i iPody, na dzień przed wyjazdem do Warszawy kupiłam sobie nowe ciuchy w centrum handlowym i byłam gotowa stanąć przed niemal dziesięcioosobowym jury, w którego składzie zasiadał między innymi Piotr Czarnowski. Łaał. Podczas prezentacji trochę się zacięłam, bo prezes Związku Firm Public Relations ciągle dłubał w swoim smartfonie i doskonale wiedziałam, że specjalnie odmawia mi swojej atencji, żeby zbić mnie z tropu, a potem zacięłam się jeszcze raz, kiedy przyszło mi podsumować moje wystąpienia po angielsku. Mój angielski był O-K-R-O-P-N-Y w tamtych czasach, tak, tak.

Mimo wszystko to mi wręczyli dyplom pierwszego miejsca i wierzcie mi lub nie, moja mama powiesiła go w moim pokoju, gdzie znajduje się do dziś.

Londyn był fajny, nigdy wcześniej nie leciałam samolotem, ale to nic. Codziennie przedzierałam się przez tłum na Covent Garden, rano patrzyłam jak Brytyjki malują sobie rzęsy w metrze, tuż przy wyjściu zdejmują adidasy zamieniając je na szpilki, a po południu, w godzinach szczytu czekałam do przyjazdu drugiego, czasem trzeciego pociągu, żeby wrócić do domu.

Londyn deszcz
Jedną z moich rozrywek (która bawiła mnie przez pierwszy tydzień pobytu w tym mieście, potem już nie) było jeżdżenie piętrowymi autobusami. Czaiłam się na wolne miejsce w pierwszym rzędzie na piętrze i cieszyłam się z tego dziwnego uczucia, że jedziemy po lewej stronie.

Pamiętam niebieską linię i mój ostatni przystanek Brixton, moje zdziwienie, że Brytyjczycy kupują tyle gotowego, mrożonego jedzenia, niedziele w muzeum Viktorii i Alberta i uliczne zamieszki, które miały miejsce tamtego lata 2011 roku (zaczęło się od jakiegoś nieumyślnego morderstwa, a skończyło na paleniu sklepów i kradzieżach czipsów i dżinsów marki Wrangler). Głos Davida Camerona z telewizora zawieszonego na ścianie towarzyszył mi przy kopiowaniu informacji prasowych do Google translatora (tak, tak, tak było), głos Davida Camerona mówił, że nie będzie łobuzerstwa i kradzieży dżinsów i czipsów, a ja musiałam wracać z pracy do domu wcześniej i zamykać drzwi na cztery spusty, bo na zewnątrz płonęły sklepy oraz stacja metra Brixton. London burning.

Fleishman Hillard Londyn

Nie wiem czy znacie stację metra Camden Town, ale zaraz kiedy się z niej wychodzi są drzwi Fleishman Hillard, otwierałam sobie te drzwi plakietką z chipem i dumna wchodziłam na drugie piętro, gdzie w dziale komunikacji korporacyjnej i public affairs czekał na mnie David Cameron (z telewizora) i David (mój koordynator praktyk). Miałam swoje własne biurko z napisanymi wielkimi literami: Wioleta Starczewska, intern. Fleishman Hillard umożliwił mi cieszenie się ze wszystkich uroków korporacji: pokój z kawą i herbatą, ciastka (ojj.), wyjazd integracyjny i cotygodniowe casual Fridays, kiedy wszyscy przychodzili do pracy w szortach i zamykali ważne sprawy przed 17, żeby wyjść na taras i poplotkować z innymi działami przy kieliszku wina i Stelli Artrois. To podczas tych casual Fridays spotkałam mojego najlepszego przyjaciela, który w Fleishman Hillard zajmował się administracją i ogarnianiem technicznych spraw (między innymi tym, żeby punkt 16.00 na tarasie stanęły zimne butelki z winem). Został moim najlepszym przyjacielem, bo któż ma więcej czasu na pogawędki niż stażyści i pracownicy administracji? Nie chcę tutaj wypisywać tych wzniosłych tekstów, które znajdziecie na stronach internetowych wszystkich korporacji: że ten staż dał mi możliwość…, że rozwinęłam się…, że ogromne doświadczenie. Piszę jak było, nie ma co udawać, że jeśli jedziesz gdzieś na miesiąc, to głównie rozwijasz swoje kompetencje miękkie i uczysz nawiązywać kontakty. To liczy się bardziej niż zdobywanie jakiejś specyficznej wiedzy. Z drugiej strony: cóż jest bardziej przydatne w pracy PR niż zdolność do zjednywania sobie ludzi?

Fleishman Hillard wypłacił mi wynagrodzenie w kwocie 1000 funtów.

Takie staże to ja rozumiem. Mniej więcej raz do roku (a minęły już ponad trzy lata) wysyłam swoje CV do Fleishman Hillard w Warszawie, ale ci nie chcą się odzywać. Szczególnie po moim pytaniu o PŁATNY staż. Dlatego moja kariera w public relations nie pogalopowała jak szalona po wygranej w konkursie ‘PRaktykuj za granicą’. Nie tylko dlatego, że jest kryzys i młodzi ludzie nie mają pracy. Po części też dlatego, że wybrałam inny styl życia i kiedy zorientowałam się, że potrafię sama trafić na lotnisko Londyn Luton stwierdziłam, że moim powołaniem jest podróżowanie. I tak jakoś wyszło.

Zdjęcie z kolegami z działu. Po mojej lewej stronie David, mój koordynator, a po mojej prawej Tania, wciąż jesteśmy znajomymi na facebooku, widzę, że ma już dwójkę dzieci, ostatnio nawet prosiłam ją o referencje, kiedy aplikowałam do jakiejś pracy.
Zdjęcie z kolegami z działu. Po mojej lewej stronie David, mój koordynator, a po mojej prawej Tania, wciąż jesteśmy znajomymi na facebooku, widzę, że ma już dwójkę dzieci, ostatnio nawet prosiłam ją o referencje, kiedy aplikowałam do jakiejś pracy.

Jeśli ktoś chciałby spróbować swoich sił w konkursie, odpowiem na wszelkie pytania. Tutaj można pobrać przewodnik o tym jak pisać i prezentować strategię komunikacji, pobierajcie, Starczewska również dorzuciła do niego swoje porady.

  • Matylda

    Przeczytałam wpis z zainteresowaniem, ponieważ interesuję się PR-em. Piszesz i robisz ciekawe rzczy – gratuluję i podziwiam. Niestety, jako PR-owcowi polecałabym Ci zadbać o detale – nie spotkałam się nigdy ze zwrotem „przybierać postępu” a de Funes miał na imię Louis, nie Luis 😉 Więcej punktować nie będę, bo nie o to chodzi – po prostu jako PR-owiec, pracujący w obszarze wizerunku i komunikacji, powinnaś bardziej zwracać uwagę na takie szczegóły 😉

  • Podczas mojego pobytu w Danii, współpracowałam z blogerką Copenhagen Blonde. Kiedy nie mogła spotkać się ze mną, żeby przygotować materiał, wysyłała swoją stażystkę. Uważałam to za śmieszne, żeby mieć stażystkę do prowadzenia bloga, ale widzę, że przydałby mi się, ktoś przeczytałby i zauważył te (głupie, głupie, głupie) literówki oraz błędy zanim ja to opublikuję. Pracowałam w pięciogwiazdkowym hotelu i myślałam, że mam oko do detali, ale nie mam:/ Już poprawiam.

  • Gratulacje! Fajna przygoda 🙂

  • Hej Wiola,

    ciekawy artykul. Sam nie interesuje sie public relations, ale moja dziewietnastoletnia siostrzenica bardzo, wiec jej podeslalem linka! 🙂

    Pozdrawiam
    Daniel http://www.bike2be.net

  • Bardzo ciekawy wpis, szczególnie, że studiuję branding i PR. Odezwę się do Ciebie prawdopodobnie w sprawie konkursu, jak wrócę z rocznej przerwy, którą poświęciłam na podróże 🙂

  • Pomimo, że nie interesuję się PR to uważam, że Twoja historia jest bardzo ciekawa, i dla niektórych może być nawet inspirująca, a to najważniejsze!

  • Ciekawa historia i interesujący wpis. Może za bardzo nie interesuje się PR-em, ale na pewno warto dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat 🙂

  • O proszę, jaka historia! Jeszcze kilka lat temu dałabym pokroić się za taki staż… a dziś – PR ma przede mną już mało tajemnic. Nie mniej jednak ciekawa historia i bardzo fajnie, że opisana szczere, a nie papką jak z listu motywacyjnego ;). Pozdrawiam!