Jak zarobić 16 tys. złotych na 6-miesięczną podróż do Brazylii?

Z tym postem mam kłopot. Bo etap mojego życia, który tutaj opiszę, wspominam z satysfakcją na przemian z poczuciem zażenowania i pytaniem: dlaczego?

Wygrana w konkursie ‘Praktykuj za granicą’ była dla mnie wielkim sukcesem, ale moje zarabianie pieniędzy w Kopenhadze to historia, w której motywem przewodnim jest słowo „przypał”. Tak przynajmniej powiedziałoby wiele osób. Ale nie mogę przejmować się tym, co mówią ludzie, bo przecież każdy mówi co innego. A gadać i oceniać każdy potrafi, ale wziąć się do roboty i spełnić swoje marzenia nie każdy. Poza tym wszystko zakończyło się sukcesem, czyli szesnastoma tysiącami złotych na koncie. Tyle kosztowały moje marzenia. Tak mniej więcej. Mniej więcej, bo nigdy nie policzyłam dobrze tych pieniędzy, nie robiłam kalkulacji i nie liczyłam wydatków. Ani przed wyjazdem do Brazylii, ani w jego trakcie.

W 2013 roku wyjechałam do Kopenhagi, aby podjąć jakąkolwiek pracę zarobkową. Nie szło mi dobrze. Szło mi wręcz bardzo źle. Mimo wszystko nie poddawałam się i co chwilę wymyślałam nowe rozwiązania, które miałyby przybliżyć mnie do wejścia na pokład niemieckich linii lotniczych Condor i przelecieć trasę: Warszawa-Frankfurt-Recife-Rio de Janeiro.

Jeśli ktoś czuje, że jego osobowość nie jest wyrazista, brakuje mu inicjatywy i przedsiębiorczości, źle radzi sobie w nowych warunkach, nie jest zawzięty i ciągle martwi się tym, co inni sobie pomyślą – na nic mu się zda ten tekst.

Do misji: Zarobić Pieniądze na Podróż do Brazylii podeszłam bardzo systemowo. Najpierw załatwiłam sobie rower. Nie miałam jeszcze mieszkania, ale rower musiał być. Pamiętam, był niezłym gratem i brakowało mu jednej rączki. Potem skróciłam swoje CV, wyrzucając z niego wszystkie ambitne zajęcia, zostawiając tylko epizody takie jak: hostessa (pierwszy rok studiów), operator call center (czwarty rok studiów) i pokojówka w hotelu (piąty rok studiów). Zapytałam na forum dla Erasmusów czy ktoś nie ma dostępu do kolorowej drukarki i może wydrukować mi 30 sztuk. Kolor to podstawa. Wyobraź sobie, że manager hotelu albo restauracji przychodzi rano do pracy, pyta: ktoś coś dla mnie zostawił? Jasne, są CV, tam leżą. Taki manager położy sobie te CV na biurku i może zapomni. Ale kolorowe będą na niego patrzyły i do niego wołały. Nie dadzą mu spokoju. To znaczy, taka była moja teoria.

duński rower
To był właśnie ten rower bez rączki
hotele Kopenhaga
W każdym planie system do podstawa!

W Kopenhadze jest około 40 hoteli. Spisałam je sobie z booking.com i naniosłam na mapę miasta. Potem wzięłam mój rower, tego grata głupiego i rozwiozłam moje kolorowe CV do wszystkich czterdziestu. Nie wiem skąd wziął mi się pomysł pracowania w hotelu, to był głupi pomysł, ale sprawdził się już raz, kiedy nie miałam kasy na Erasmusie. Pomyślałam, że i tym razem pójdzie gładko. System miałam dobry, więc co mogłoby się nie udać?

Bella Center
Tak właśnie wyglądały moje nocne zmiany w Bella Center

Do tego działałam przez Internet i wysyłałam aplikację do vikariatów. Vikary to agencje pracy tymczasowej w Danii. Zatrudniają pracowników ad hoc: do pracy w magazynach, przetwórniach, do sprzątania. Kilka razy w miesiącu pracowałam przy odkurzaniu i zamiataniu hal targowych w Bella Center. Zwykle na nocną zmianę, głównie przychodzili studenci (chociaż duńscy studenci w znacznej mniejszości, zwykle była to młodzież z Litwy, Łotwy i Estonii, którzy bardzo chętnie wybierają studia w Danii, chociaż nie mają na to pieniędzy. Drugą grupę stanowili imigranci z Nepalu. No i ja w tym wszystkim). Jeśli zbliżał się jakiś event przez 4 nocki byłam w stanie zarobić na miesięczny czynsz wynajmu pokoju, no, może trochę mniej.

Z hotelami nie szło mi za dobrze, wciąż trafiałam do głupiego i głupszego, wywalali mnie albo rezygnowałam. Zbliżało się lato, z moimi finansami było źle i zastanawiałam się, czy pakować walizki i zrezygnować z projektu
Zarobić Pieniądze Na Podróż do Brazylii.

Wtedy znalazłam pracę na czarno: zostałam ulicznym sprzedawcą wody, tak zwaną „wodzianką”.

To był kosmos. To była najgłupsza z prac, jakich kiedykolwiek się podjęłam i najgłupsze doświadczenie z mojego życia. Całymi dniami staliśmy z rowerami z przyczepką wypełnioną lodem i butelkami wody, którą sprzedawaliśmy za 10 koron. Za każdą sprzedaną butelkę miałam 3 korony dla siebie. Właściwie szaleństwo, bo w Kopenhadze nie jest tak gorąco, często lunie deszczem, a turyści z powodu wysokich skandynawskich cen dokładnie liczą na co wydają swoje euro. Pomimo wielu przygód, których nie chcę tu opisywać w przeciągu półtora miesiąca miałam tyle gotówki, że mogłam spędzić 3 miesiące w Kopenhadze. Kto kiedykolwiek odwiedził stolicę Danii choćby na weekend, ten wie, ile kasy trzeba, żeby spędzić tam 3 miesiące.

Tak jak wspomniałam, była to praca na czarno, więc trzymałam tą gotówkę w szufladzie i wydawałam w razie potrzeby, a oszczędzałam pieniądze, które trafiały na moje konto. Przez cztery miesiące wakacji pracowałam w hotelu Palace. Jakimś dziwnym sposobem ominęłam ten hotel, kiedy rozwoziłam CV. Jedna dziewczyna z Nepalu, z którą odkurzałam te hale w Bella Center przechodziła któregoś dnia obok mojego „stoiska” z wodą, rozpoznała mnie i zatrzymała się, żeby powiedzieć „cześć”. Sprzedała mi również info, że w hotelu, w którym zwykle sprząta szukają nowych pracowników, bo zbliża się sezon i poradziła mi zanieść tam CV. Poszłam następnego dnia, uśmiechnęłam się do recepcjonisty i poprosiłam o przekazanie mojej aplikacji do housekeeping managera. Manager zadzwonił do mnie od razu. Później, kiedy byłam już zatrudniona, dowiedziałam się, że zapadłam w pamięć temu recepcjoniście, bo byłam miła i uśmiechnięta, dlatego dopilnował, żeby moje CV zostało przekazane w odpowiednie ręce.

Spędzałam wszystkie weekendy w hotelu Palace pracując po 9 godzin dziennie: rano sprzątałam z dziewczynami pokoje, a wieczorami współpracowałam z recepcją: odpowiadałam na ich telefony, zanosiłam gościom kapcie, szlafroki, dodatkowe ręczniki, oj, nabiegałam się z tymi kapciami, szlafrokami i dodatkowymi ręcznikami, myłam szklanki i filiżanki, wynosiłam śmieci, robiłam pranie.

Dzięki temu doświadczeniu jestem świetnie zorganizowana i wiem, że jeśli pracuję sama potrafię wszystkiego dopilnować.

Pieniądze z szuflady wcale nie były tak wielką sumą, żeby można było za nie szaleć. Ograniczałam więc wydatki jak tylko mogłam. Do dziś zostało mi wiele zwyczajów z tamtych czasów: wychodząc z domu napełniam plastikową butelkę wodą, żeby nie kupować niczego na mieście, często robię kanapki na drogę albo pakuję lunch do pojemników próżniowych. Takim symbolem tego mojego oszczędzania była butelka Coca Coli Zero: wiedziałam, że nie mogę sobie pozwolić na kupienie butelki coli w kiosku. Wiecie, czasem idzie się przez miasto i ma się ochotę na takie szybkie odświeżenie. Cola byłaby w sam raz. Jednak musiałam sobie tego odmówić i trochę bolało. Ta cola była metaforą wszystkiego: ciuchów z wyprzedaży, lakierów do paznokci, tuszy do rzęs i kawy na mieście. O jedzeniu na mieście już nawet nie wspomnę.

Dumpsterdiving
zakupy?

W kwestii jedzenia bowiem doszłam do ekstremalnych rozwiązań. Zajęliśmy się uprawianiem dumpsterdivingu, czyli zbieraliśmy produkty, których nie sprzedały supermarkety. Mieliśmy kilka sprawdzonych miejscówek, gdzie wiedzieliśmy jak dostać się do kontenerów. W dużej mierze nie było to jedzenie przeterminowane, ale miało po prostu uszkodzone opakowania. Poza tym pieczywo z dzisiejszą datą ważności będzie nadawało się do jedzenia także jutro.

W czasie tych nocnych „polowań” spotykaliśmy Duńczyków, którzy również grzebali w śmietnikach na złość systemowi i przeciw konsumpcyjnemu stylowi życia.

Zaoszczędziłam na tym mnóstwo pieniędzy, w zasadzie jedyną rzeczą, jaką kupowaliśmy w sklepach były przyprawy. W centrach handlowych i sklepach spędzałam czas tylko wtedy, kiedy miałam zlecenie jako Tajemniczy Klient. Chodziłam na lody, sprawdzałam ich smak, udawałam, że kupuję nowy laptop, sprawdzałam czystość w sklepie Abercrombie&Fitch. Największy projekt, jaki zrobiłam to spis cen setki produktów spożywczych w czterech różnych sieciówkach. Od ketchupów, poprzez chleb wieloziarnisty do ciasteczek Oreo. Za to zadanie dostałam ponad 100 euro, które przyszły mi dopiero później, dlatego kupiłam sobie za nie nowy Kindle.

Kiedy dziś sobie to wspominam, myślę: „Kurde, życie mnie doświadczyło”. Nie powtórzyłabym tego programu jeszcze raz. Ale tak było. Kiedyś dostałam taki e-mail od czytelniczki mojego bloga: „rób dalej to co robisz i mam nadzieję, że zauważy Cię ktoś, kto zaproponuje Ci pracę marzeń, a wtedy bilety na podróże nie będą problemem”. Nieczęsto ludzie z Internetu życzą ci dobrze. Także dziękuję i trzymam kciuki, żeby to się spełniło, bo kurczę, sprzątać w hotelach już nie mam siły.

Tak jak sobie założyłam, a założyłam deadline 1 października, dokładnie 1 października wsiadłam na pokład samolotu linii lotniczych Condor, rejs: Warszawa-Frankfurt-Receife-Rio de Janeiro. Satysfakcja, jaką czułam, kiedy koła samolotu dotknęły płyty lotniska w Rio de Janeiro była niesamowita. Od razu zapomniałam o tych wszystkich przypałach, które przytrafiły mi się w Kopenhadze. Spędziłam w Brazylii 6 miesięcy i może nie piłam non stop koktajli ze słomką i ani razu nie spałam w hotelu, ale nie było momentu, w którym musiałam sobie odmówić zielonego kokosa na Copacabanie z powodu pieniędzy.

arpoador rio de janeiro
Pierwsze zdjęcie w Rio de Janeiro, październik 2013
  • Wiola idolko moja 🙂 Ja wspominam tę Kopenhagę świetnie, ale może dlatego, że byłam tam trochę krócej? Bycie wodzianką to (zaraz po UNICEFie i asystowaniu na wypasionej konferencji, która trwała krótko, za krótko…) to była właśnie moja najfajniejsza praca tam! Na świeżym powietrzu, ludzie do nas zagadywali, można się było wozić tym śmisznym rowerkiem, dopóki pogoda dopisywała to była wakacyjna praca marzeń 😛 Swoją drogą, ile ja ich tam zaliczyłam… Kelnerowanie dla nawiedzonego Hindusa, sprzątanie biur, składanie śrubek w fabryce okien, ahhh…
    Ze śmietników braliśmy tylko słodkie bułki, bo za późno ten system odkryliśmy, ależ one były pyszne! Wsiadłoby się znów na ten rower, tylko do prac takich jak tamte już się nie garnę 😛

    • Chyba zapomniałaś kto był szefem tego cyrkowego interesu…

      • oj pamiętam, dla dwóch nich pracowałam, tylko że mi nic złego żaden z nich nie zrobił..

  • Uwielbiam czytać takie historie. Pokazują, że marzenia, sukces i determinacja to nie tylko puste słowa z podręczników do „rozwoju osobistego”. To życie 🙂

  • I tak się właśnie spełnia marzenia! Gratuluję uporu! 🙂 Chyba nie ma większej satysfakcji z oszczędzania i odmawiania sobie przyjemności od spełnionego marzenia. Pozdrowienia! 🙂

  • Trochę się narobiłaś, ale warto było. Każda praca czegoś uczy, jak to pisał Kiyosaki.

  • A dlaczego akurat Brazylia? 🙂

    • Spojrzałam na mapę i Brazylia wydawała mi się być jakby podświetlona… Nie wiem, po prostu trzeba było coś ustalić, pomyślałam, ok, Brazylia i zabrałam się za zarabianie pieniędzy. Wiadomo, łatwiej jest kiedy ma się cel.

  • Wbrew negatywom to najbardziej inspirujący artykuł, jaki dzisiaj przeczytałem. Dziękujemy za inspirację, powoli szykujemy się do podobnego skoku w ciemność, więc taki booster determinacji bardzo nam się przyda 🙂

  • I o to chodzi. Zaczynać od początku i cały czas korzystać z napotykających się szans, bo a nuż będzie lepiej. Ty tak korzystałaś i to się ceni:-)

  • Pingback: Przekrój miesiąca. Co robiłam w maju? - Blue Kangaroo()

  • Wspaniała historia, przeczytałam na jednym oddechu! Tylko dzięki podjęciu ryzyka i poświęceniom można docenić życie!

  • ale inspirująca historia:) super , aż człowiek czuje, że zyje…

    i obiecuję nie będę więcej wybrzydzać z pracą:P

  • Wielki szacunek… w większym lub mniejszym stopniu każdy z nas to ma, ja mieszkając i pracując w Polsce też odmawiam sobie bardzo wielu rzeczy tutaj, żeby móc kupić ten czy tamten bilet, warto po stokroć… ale Twoja zawziętość jest godna podziwu… gratuluję… :)))

  • Pat

    „Jeśli ktoś czuje, że jego osobowość nie jest wyrazista, brakuje mu inicjatywy i przedsiębiorczości, źle radzi sobie w nowych warunkach, nie jest zawzięty i ciągle martwi się tym, co inni sobie pomyślą – powinien przestać czytać ten tekst.”
    Bardzo, bardzo przykre w odbiorze zdanie. Mimo, że całkowicie opisuje moją osobę, jednak pozwoliłam sobie przeczytać Twój post do końca i chciałabym serdecznie pogratulować sukcesu. Nie ma chyba lepszego doświadczenia w życiu, niż spełnienie marzenia – czy małego, czy wielkiego.
    Pozdrawiam 🙂

  • i tak warto… żyć 😉

  • Ivon

    Jestes wielka! Duchem.sercem! Gratuluje!

  • Noe

    Rany gratulacje! Wystrzeliło mnie z butów!
    Sama aktualnie mieszkam w Norwegii, ale planuje zmienić ten smutny i nudny kraj, na duńską Kopenhagę. Byłam raz – i bardzo pozytywne wrażenie na mnie zrobiło to miasto !!!!

    Powiedz mi proszę – mówisz po duńsku czy na angielskim tylko bazowałaś? Ciężko było ogarnąć mieszkanie na poczatku? Nie znam prawie nikogo w Kopenhadze i po prostu martwię się, co ze sobą zrobię na samym początku. Totalne szaleństwo tak w ciemno jechać, no ale… spróbuję, też jestem w totalnej dupie związkowo-zyciowej i mam nadzieję, że może to mi pomoże odbić się od dna 🙂 !
    Z góry dziękuje za info!
    Pozdrawiam!!!!!

    • Dziękuję za miłe słowa. Nie, nie znam duńskiego.. Generalnie trudno jest znaleźć mieszkanie w Kopenhadze muszę przyznać. Do tego miasta przyjeżdża dużo studentów. Jeżeli udało ci się zamieszkać w Kopenhadze, to na pewno gładko uda ci się przeprowadzić do Kopenhagi. Powodzenia!

  • Świetny tekst i bardzo inspirujący. Zazdroszczę uporu, którego niestety mi bardzo często brakuje. Życzę powodzenia i kolejnych sukcesów w spełnianiu marzeń 🙂

  • Justyna z justynaenbarcena

    Niezwykle inspirująca historia oraz wciągający i świetny tekst! Jestem pod wrażeniem!

  • Sabina z Dreamer’s World

    Silna z Ciebie kobitka ! Nie zmieniaj się nigdy ! Strasznie mnie zmotywowałaś oraz zaimponowałaś tym artykułem ! Dziękuję 🙂 no i życzę powodzenia w dalszych wojażach.

  • Warto w życiu spróbować takiej ciężkiej pracy, żeby potem, kiedy w końcu nadejdzie moment, że robi się to, co się lubi, w pełni to docenić. Moja pierwsza praca po maturze polegała na czyszczeniu obsranych łazienek i szatni (słowiańskich) robotników na budowie w Lyonie we Francji. Chociaż zarobiłam w miesiąc tyle, co moja mama na uczelni, to raczej nie podjęłabym się drugi raz takiej roboty…

  • Edyta Choińska

    I to właśnie chodzi… o pokazanie jakim wyrzeczeniem jest czasami realizacja marzeń… Żyjesz podobnie do mnie, dlatego zaczynam od dziś śledzić Twojego bloga i… z chęcią dowiem się kilku porad bo przede mną… Brazylia 😀