Jak znaleźć pracę w Kopenhadze?

Często dostaję e-maile z zapytaniem o to, jak znaleźć pracę w Kopenhadze. Niektórzy tylko pytają, niektórzy chcą, żeby przesłać im jakieś kontakty, niektórzy wysyłają mi swoje CV, niektórzy proszą o pomoc.

Trudno mi pomóc, uważam, że jeżeli ktoś decyduję się na wyjazd w celach zarobkowych lub w celach „dorobkowych” (do studenckiego stypendium, do nowego laptopa, do wyjazdu na podróż życia do Brazylii) powinien być na tyle zaradny, że ogranie temat. Łatwiej iść drogą kontaktów i przetartymi szlakami znajomych, ale trzeba być bardziej odpowiedzialnym. Bo Kopenhaga to nie Londyn, z którego w razie niepowodzenia można szybko i tanio wrócić Ryanair, za tygodniówkę opłacić tani pokój na Brixton, nikt nie pyta o numer CPR i folkeregister. Zanim dostaniemy pierwszą wypłatę minie co najmniej półtora miesiąca, bo tak: trzeba zdobyć CPR, bo pracy nie dostaniemy bez CPR, a CPR nie zostanie nam przyznany, jeżeli nie mamy umowy o pracę, czyli błędne koło. Potem trzeba założyć konto w Nordei, w międzyczasie zdobyć umowę o pokój, za czynsz którego zapłacimy 1900 zł. Całkiem dużo trzeba zainwestować.

Z moich obserwacji wynika, że są dwa rodzaje imigrantów, których Dania lubi importować do siebie: wykształceni inżynierowie biotechnologii – ludzie mający pojęcie co to są światłowody, informatycy i kandydaci na studia doktoranckie właśnie w tych dziedzinach. Z drugiej strony są to specjaliści od roboty, której Duńczycy się nie podejmą: sprzątanie, zamiatanie, wycieranie, porządkowanie, układanie, sortowanie. Mój znajomy Duńczyk ma 32 lata, studiuje już siódmy rok, po sinologii i filmoznawstwie przyszedł czas na social science – zostanie pracownikiem socjalnym w komunie. Powiedział mi, że przecież praca na niego czeka, niech on się tylko zdecyduje i zatrudnią go raz dwa. Na razie się nie decyduje, na razie jest na Erasmusie. Nikt nie chce tutaj studiować takich trudnych kierunków, bo po co się wysilać. Nikt nie chce też sprzątać. I tutaj pole do popisu mogą mieć Polacy. Przykro mi to pisać, ale poznałam mnóstwo rodaków pracujących w hotelach. I żadnego Duńczyka. Mam też znajomych Polaków robiących karierę na DTU (Danmarks Tekniske Universitet).

Ale nie znam Duńczyka, który studiowałby coś trudniejszego niż marketing managment.

Powyżej znajduje się jedno z moich ulubionych zdjeć zrobionych przed hotelem Fox, w którym dostałam pierwszą pracę w Kopenhadze, co, nie powiem, uratowało mi życie na Erasmusie. O pracy w tym hotelu pisałam już tutaj.

Sama też zaliczałam się do tej grupy, która sprząta. Nie widzę w tym nic złego, bo pieniądze są nawet OK i udało mi się dorobić zarówno do studiów jak i do wyjazdu do Brazylii właśnie. Ale jeżeli ktoś zastanawia się nad tego typu pracą, to przestrzegałabym, bo nie znam nikogo, kto byłby z niej zadowolony. Istnieje jakiś dziwny, niewolniczy system, w którym pokoje trzeba robić na czas i tylko za ten czas pokojówka dostaje wynagrodzenie. Także jeśli zostajesz dłużej, bo trafił ci się pokój tak zwany „po imprezie”, którego w żaden sposób nie da się wysprzątać w 20 minut – pracujesz za darmo. Nie wiem dlaczego tak jest, ale tak jest we wszystkich, oprócz jednego (właśnie w nim pracowałam przez wakacje) hotelach w Kopenhadze.

Prawdziwym ewenementem w stolicy Danii i wakacyjnym hitem jest praca przy sprzedaży wody butelkowanej i naleśników na Strøget. Dużo, szczególnie młodych, osób przyjeżdża tutaj na wakacje po to tylko właśnie: 50 DKK za godzinę i 1 DKK od każdej sprzedanej butelki. Cała reszta jeździ na rikszach: 1500 DKK za wynajęcie roweru na tydzień, a ile można zarobić? Nie wiem, to tajemnica pracujących, ale za przejażdżkę z Tivoli na Little Mermaid turyści płacą 250 DKK.

Trudno mi pomóc, jeżeli ktoś pisze do mnie e-mail, ale mam nadzieję, że tym artykułem trochę kogoś zainspirowałam. Przede wszystkim mam nadzieję, że przestrzegłam przed beztroskim pakowaniem walizek. Chyba, że pakujecie te walizki na doktorat na DTU.

  • agu

    ha! gdyby nie DKK, to śmiało można by się pomylić myśląc, że opisujesz Amsterdam!
    warunki w Holandii niesamowicie podobne,
    stąd też podziwiam te drobniutkie dziewczyny pracujące po wiele godzin w wielogwiazdkowych hotelach, wracające do domu z wieloma zmartwieniami i niemające zbyt wiele na koncie..
    ale! chyba każdy (kto posmakował zachodniego życia) zgodzi się ze mną, że lepiej narzekać TU (nie ważne czy w Kopenhadze, Amsterdamie czy innym mieście) niż TAM.. (czytaj: na wschodzie Polski)

    podczytuję Cię i podglądam, Panno Starczewska
    choć nie lubię blogów, chętnie dowiaduję się co u Ciebie 🙂
    pozdrawiam z Niderlandii

  • A ja jakoś chciałabym wyjechać gdzieś za granicę do pracy. Zachęca mnie to, że mogłabym poznać kulturę, ludzi, obyczaje a przy okazji zarobić. Nawet mogłabym sprzątać milion tych pokoi. Chociaż nie na długo tak jeden- dwa miesiące myślę, że dałabym radę.