Jak zorganizować sobie wyjazd do Lizbony?

Właściwie to już wróciłam. Właściwie to już jestem w moim domu w Polsce, patrzę na żółknące liście, zaglądam do sadu w poszukiwaniu gruszek, jabłek i orzechów włoskich i myślę jak to było, kiedy na portugalskich podwórkach miałam drzewa cytrynowe i palmy. Jeszcze włączę moją ulubioną piosenkę Mafaldy Vegi, mojego muzycznego portugalskiego odkrycia, żeby przywołać tamte obrazy i już jestem gotowa opowiedzieć jak to było.

Chciałam po prostu kupić bilet i gdzieś wyjechać. Gdziekolwiek. Easy Jet pomógł mi podjąć decyzję i oto znalazłam się w Lizbonie. Pierwsze wrażenie: gorąco, ale ludzie jacyś tacy smutni. Później dowiaduję się, że życie tutaj nie jest łatwe, że kryzys doskwiera i rzeczywiście, widzę to po pięknych, jednak trochę opuszczonych kamienicach. Fascynują mnie one niezmiernie i fotografuję je wszystkie.

Lizbona

Zdzieram każdą parę butów na brukowanych uliczkach, które biegną raz w górę, raz w dół, naprawdę poruszanie się po mieście wymaga niezłej kondycji! Więc moim drugim wrażeniem są wszechobecne samochody. Jeden raz pozwoliłam sobie przejechać się żółtym tramwajem z jednego przystanku na końcowy, a tak poza tym wszyscy wożą mnie samochodami. Nikt, z kim byłam umówiona nie przyjechał na spotkanie komunikacją miejską, nigdzie też nie pojechaliśmy żadnym autobusem, nie było takiej opcji. Nawet, kiedy… piliśmy. Wiem, to tak nieodpowiedzialne z mojej strony. A jednak, wydaje się, że dla Portugalczyków to nie problem, a ja tylko drżę za każdym razem, kiedy wracamy z imprezy.

Lizbona

Po kilku dniach czuję się jaku siebie. Wstępuję na espresso i pastela de nata (ciastko, od którego od tej pory jestem uzależniona) do jednej z Pastelarii. Zaczynam uwielbiać krewetki. Słońce parzy moją skórę, kiedy leżę na plaży i patrzę na ocean. Jeszcze trochę gubię się pomiędzy ulicami w centrum, a to dlatego, że wciąż uparcie nie chcę wyciągać swojej mapy, aby nie upodobnić się do turystów biegających wkoło i próbujących zaliczyć wszystkie możliwe atrakcje, kupujących badziewia w sklepach z pamiątkami. Na klika dni uciekam na przedmieścia. Carcavelos, Estoril, może wyjątkiem jest turystyczne Cascais, ale tutaj wszystko jest takie zwyczajne. W knajpie oprócz mnie siedzi dwóch panów na emeryturze popijających piwo.

W Lidlu kupuję opakowanie pastele de nata i spędzam cały dzień na plaży.

Skąd te ciągłe zmiany otoczenia? Otóż znów jestem na couchsurfingu i moje wrażenie jest takie, że nie chcę nigdy podróżować w inny sposób. Poznaję tak świetnych ludzi, to od nich wiem jak pyszna jest pastela de nata, jak orzeźwiające wino verde, jak brzmi koncert bosa nova, jak wygląda ocean nocą po drugiej stronie mostu, że kilkadziesiąt kilometrów dalej możemy znaleźć się na plaży otoczonej górami. Ostatniego dnia siedzimy na dachu jednego z budynków, patrzymy na Lizbonę nocą: „Czy byłaś na tym zamku? A byłaś na Belém? Wiesz, gdzie jest  Praça do Comércio”, „Hmm, kilka tych rzeczy widziałam z okna pociągu, to też się liczy, nie?”, „To co robiłaś przez dwa tygodnie w Lizbonie?”, „Cóż, imprezowałam na Bairro Alto”.

O Bairro Alto opowiem później.

  • agata

    uwielbiam to miasto, uwielbiam ten kraj, uwielbiam żółte tramwaje i tylko 1 rzeczy Ci zazdroszczę wina verde – jakos nie mialm okazji go spróbować

  • Wiola

    Ja już knuję plan o tym, jak wrócić do Portugalii, nauczyć się portugalskiego i pić wino verde ile tylko można:)