„Here I go again on my own…” Kopenhaga

Kopenhaga

Wydawało mi się, że moja noga nie postanie na żadnym duńskim pedale od rowera i już nigdy nie pojadę dookoła Nørrebro. A jednak, Kopenhaga znów wezwała mnie do siebie i muszę przyznać, że myślałam o niej w tym roku. A w przyszłym będę myśleć nawet więcej.

An’ here I go again on my own
Goin’ down the only road I’ve ever known

Mój znajomy Michał zorganizował w Kopenhadze wydarzenie „Poles on the road” związane z podróżowaniem i poszukiwaniem swojego miejsca do zamieszkania. To, co go zainteresowało to pytanie: jak zmieniają się nasze wartości i podejście do życia, kiedy zmienimy miejsce zamieszkania? Czy możemy poczuć się jak w domu gdziekolwiek jesteśmy? Michał zaprosił artystów i podróżników, których pasją jest odkrywanie życia w multikulturowym środowisku. Miałam przyjemność znaleźć się w tym gronie.

Kopenhaga – nadchodzę!

Wysiadłam z samolotu na lotnisku w Malmö. Pamiętam, kiedy pokonywałam tę trasę po raz pierwszy. Tak, jak wcześniej, Neptunbus przewiózł mnie przez most i oto już jechałam na pace Christiania bike, mijając Tivoli, nowo powstające stacje metra, kamienice, w których kiedyś mieszkałam.

Staję na Norrebrogade i stwierdzam, że powstało tu tylko więcej kebabów, ale też kawiarni i tak zwanych concept stores, gdzie powoli, bo w duchu minimalizmu, można przeglądać ładne rzeczy, które dużo kosztują.

Byłam nieźle zdenerwowana, przyznam szczerze i jeszcze tuż przed prezentacją wertowałam książkę „TED, jak wygłosić mowę życia”. Serio. W końcu nie codziennie zapraszają Cię na wystąpienie, na którym będzie ambasador Polski.

Autorką zdjęć jest Kamila Chomicz, reżyserka cudownego filmu, który oglądaliśmy: „Trzeba umieć żyć”.

To była cudowna okazja, żeby podsumować ten czas spędzony w Kopenhadze. Popatrzeć na płomienie świec stojących w oknach, zjeść falafela na Nørrebro, zapłacić 19 zł za kawę. Przez dwa dni jeździłam rowerem dookoła jezior, od których zaczęła się moja przygoda z bieganiem. Zajechałam do wszystkich uliczek, na których kiedyś mieszkałam:

– Czy mogę ci w czymś pomóc? – zapytała blondynka zapinająca swoją czarną kurtkę przed odblokowaniem rowera od barierki, przy której, pamiętam, rosły kiedyś malwy.
– Szukam ulicy, na której zostało zrobione to zdjęcie – pokazuję jej.
– Och, to ty! Ile lat miałaś na tym zdjęciu? 16? Myślę, że do będzie Fredericiagade.

Na zdjęciu miałam 24 lata. I już nie pamiętałam, gdzie je zrobiłam!

Przejechałam przez Osterbro, gdzie kiedyś mieszkałam. Ustawiłam rower na początku Øster Søgade i ruszyłam moją dawno drogą do pracy. Było już ciemno, neonowa kura – reklama Irmy (jak pięknie, że w Kopenhadze nie ma bilboardów!) odbijała się w wodzie. Popatrzyłam na tę kamienicę, w której mieszkał kiedyś chłopiec o imieniu Magnus. Znaliśmy się dobrze, ale nasz kontakt się urwał. Skręciłam w stronę Nyhavn i po raz pierwszy przejechałam nową kładką Inderhavnsbroen w stronę Nomy. Już byłam na Christianshavn.

Rozkoszowałam się zapachem wody i wiatru. Wymijaniem innych rowerów. Popijaniem kawy przy zatłoczonej Elemgade. Koncertem techno w katedrze Marii Panny w Kopenhadze. Rozkoszowałam się cynamonowymi bułeczkami i cydrem Somersby. Poszłam kupić sobie nową sukienkę w Moss Copenhagen, moim ulubionym sklepie. Zmokłam do suchej nitki, kiedy na rowerach wracaliśmy na Amagerbro.

Cudownie było też spotkać się ze wszystkimi znajomymi i zobaczyć, co się u nich zmieniło.

Przejechałam się w ulubione miejsca. I stwierdziłam, że fajnie, że juz tu nie mieszkam. Ktoś tylko musi mi przywozić ciuchy z Moss Copenhagen. Rower mogę mieć też w Warszawie. W Warszawie mogę sobie też otworzyć Somersby tuż nad wodą.

An’ I’ve made up my mind
I ain’t wasting no more time

Kopenhaga jest genialnym miejscem do spędzenia trochę czasu. Do pozazdroszczenia trochę dobrego stylu życia, w którym niemal brakuje stresu i pośpiechu.

Hygge klucz do szczęścia, który przywiozłam z Kopenhagi

Reklamę książki Meik Wiking: „Hygge. Klucz do szczęścia” zobaczyłam na jednym z warszawskich przystanków. Kupiłam ją zaraz po przyjściu do domu. Zapaliłam moje kolorowe lampki i świeczki z Flying Tiger, zrobiłam sobie kubek owocowej herbaty, przykryłam się kocem i odpaliłam Kindle.

„Wyobraź sobie, że jest deszczowy dzień, a ty siedzisz w fotelu pod kocem i czytasz książkę. Wyobraź sobie, że jesz kolację przy świecach z przyjaciółmi i świetnie się bawisz. Wyobraź sobie, że siedzisz przed kominkiem z ukochaną osobą, a na zewnątrz szaleje zamieć. To, co właśnie odczuwasz, to hygge.” – czytam.

Ale zaraz, czy ja tego już nie znam?

Perfekcyjnie nauczyłam się aranżować swoje #hyggeligt momenty. Celebrować małe przyjemności, miłe wspomnienia. Być wdzięczną za dobrych ludzi, których mam dookoła. Gotować dla nich kolacje. Znosić do domu cięte kwiaty i zrywać z z okien firanki i żaluzje.

Jechać rowerem przez życie.

Ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że zwyczaj jadania kolacji w rodzinny gronie, często bardzo zamkniętym gronie sprawia, że nie każdy znajdzie swoje miejsce w Królestwie Danii.

A obok każdej świeczuszki na białym parapecie leżą antydepresanty.

Kopenhaga

Nawet z ciekawości zapytałam jak to jest mieszkać w Kopenhadze pewnego Brazylijczyka z Salwadoru. Umówiliśmy się na kawę w moim niegdyś ulubionym Living Room. Bardzo zastanawiało mnie jak taki Baiano odnajduje się w Skandynawii. Ja znam oba kraje z najlepszej i najgorszej strony – które nasze spostrzeżenia będą pokrywały się ze sobą?

– W Kopenhadze najbardziej lubię to, że mogę chodzić po ulicy z iPhonem w ręku. W Danii jest właściwie tak samo drogo jak w Brazylii. Czasem zdarzyło się, że nie wpuścili mnie do klubu, mimo, że przecież wyglądam na tego, kim jestem: pracownika firmy IT – opowiada mi Danillo. – Na razie jest mi tu dobrze – stwierdza na zakończenie i zmyka na kolejne spotkanie.

A ja zmykam na weekend do Szwecji.

Fragmenty piosenki: Here I Go Again, Whitesnake
  • ojej. ja sobie tak czasem myślę, jak to będzie wrócić za parę lat z Budapesztu. mój Budapeszt to jak Twoja Kopenhaga. od czasu wyprowadzki wracałam tam już w sumie dwa razy, i dwa razy było mi tak dziwnie…

    • Wiesz co, mamy szczęście żyć w czasach, kiedy czy to do Budapesztu czy to do Kopenhagi możemy się wybrać na… popołudniową kawę.

      • racja! no, chyba że nie ma akurat promocji na wizzaira…

  • Coś chyba w tym jest, że mieszkając gdzieś, czujemy się dobrze, wręcz wspaniale, scaleni z tą społecznością, sklepami, blokami a potem wyjeżdżamy, mieszkamy gdzieś indziej i wracając do tamtego miejsca czujemy sentyment, miłe mrowienia w brzuchu ale już nie scalenie, nie chęć otwierania kluczem drzwi mieszkania, które ma być naszym na stałe… Dziwne. Co prawda nie mieszkałam poza Polską, ale mieszkałam już w wielu zakątkach Polski przez kilka lat. Zapewne inne doświadczenie ale podobne…
    Pozdrawiam 🙂

  • Potrzeba zdobycia, zobaczenia, przeżycia, aktywnego działania i potrzeba odpoczynku, spokoju, oczyszczenia umysłu i poukładania myśli. Wszystko przeplata się ze sobą. Hygge zdobyło szybką popularność w czasach nadmiernego pośpiechu tym bardziej może nawet, że w zabieganiu zapominamy dokąd tak naprawdę zmierzamy i co było naszym celem zanim popadliśmy w ten szaleńczy wir.

    Mieszkamy w jednym miejscu, zmieniamy je na inne, a w tym czasie i my stajemy się inni. Może dlatego nie czujemy już później tego zespolenia z miejscem, które kiedyś kochaliśmy?

    • Ja czuję zespolenie z Kopenhagą i dużo jej przywiozłam do siebie – właśnie siedzę, grzebię po blogach, jem czekoladki, a na parapecie palą się świece:)

  • Aga z podróży szczypta

    zwiedzając nowe miejsca zawsze zastanawiam się czy mogłabym w nich mieszkać? Czasami wydaje się, że będzie wspaniale, a potem hmm Wciąż szukam 🙂