Listy od was

Właśnie wcinałam kanapki z nutellą na śniadanie, kiedy dostałam taki oto e-mail:

„Cześć Wiola! Natknęłam się na Twoją stronę całkiem przypadkiem, szukając fajnych miejscówek w Bruxelles, bo tak się składa, że wylatuję tam dziś dosłownie na 2 dni. Niby lubię się włóczyć i nasiąknąć atmosferą miasta, ale chyba warto wiedzieć o takim Delirium 😉 Anyway, nie powiem, że przeczytałam wszystko od deski do deski. Ja sobie dawkuję tę przyjemność. Czytałam trochę wczoraj do poduszki, trochę dzisiaj do kawki i jestem zachwycona. Piszesz bardzo dobrze, a to co piszesz to wisienka na torcie. Sama sporo podróżuję, pokonanie 6000 km w wakacje autostopem i tego typu kosmiczne pomysły to też specjalność moja i drugiej połówki. Wielka miłość jest i pasja, ale i lekkie ograniczenie. Może wiesz o co chodzi, ale głupio ciągnąć drugą osobę na koniec świata bo masz właśnie w tym momencie taki feeling, że musisz pożyć w Chinach i zobaczyć jak tam jest. Ale jak tylko dopiszę magisterkę to mamy zamiar udać się do tych Chin, tak czy siak, później wrócić na chwilę do Europy, a za rok zaliczyć Amerykę. Ameryki? Kto wie? Tak czy siak, wracając do meritum, rób dalej to co robisz i mam nadzieję, że zauważy Cię ktoś, kto zaproponuje Ci pracę marzeń, a wtedy bilety na podróże nie będą problemem 😉

Ściskam mocno i pozdrawiam z zaśnieżonej Warszawy (choć oryginalnie z Lubelszczyzny, wpis o Lublinie to strzał w 10)”

Sorki Aga, za upublicznienie tej wiadomości, ale muszę, po prostu muszę też upublicznić to, co pomyślałam sobie po jej przeczytaniu. Zbyt wiele osób nie czyta tego bloga, zbyt wiele go nie komentuje (czasem wręcz zdarzają się hejterzy, którzy wyrzucają mi jak to, dlaczego i z jakiej racji ja bujam się po Parlamencie Europejskim za pieniądze z ich podatków), niektórzy piszą do mnie żebym załatwiła im mieszkanie albo pracę w Kopenhadze, niektórzy chcą się spotkać i zaprzyjaźnić. Od czasu do czasu dostaję  takiego inspirującego kopa jak ta wiadomość od Agi. I to jest świetne.

Aga,  jestem jak najbardziej za tym, żeby gonić marzenia, tylko ja nie mogę nawet oczekiwać, że jakikolwiek mężczyzna powie mi „jadę z tobą!”. Także tego ci zazdroszczę. Moje przygody biorą się stąd, że właśnie też mam taką potrzebę, żeby zobaczyć jak żyje się w różnych miejscach. Ostatnio czytałam książkę Timothego Ferrisa „The 4 hour work week” i szczerze postanowiłam sobie wcielić w życie kilka zasad z niej zaczerpniętych. A mianowicie: jeżeli ktoś ci mówi, że coś jest niemożliwe, to znaczy, że masz mu się kazać zamknąć i dokonać tego niemożliwego. Oraz: nie idź ścieżką, którą wszyscy idą, bo wszystko co jest popularne jest złe. Niestety, kiedy doszłam do zasady, według której wcale nie musisz kończyć tego, co zacząłeś, to porzuciłam czytanie tej książki. Ale chyba chodziło o to, żeby wykorzystać nowe możliwości, które pojawiają się na naszej drodze do celu i nie bać się zboczyć z drogi. Także może i ja też trochę zboczę z tej drogi, jeżeli spotkam jakiegoś przystojniaka…

 

  • A ja się cieszę, jeśli czytelnicy chcą się spotkać i „zaprzyjaźnić”. I to bardzo, bo dzięki temu pojawiło się w moim zyciu kilka bardzo
    wartościowych znajomości, więc nie wiem czemu wrzucasz ich do jednego worka z tymi co chcą żebyś załatwiła im pracę 🙂

    • Och, nie, nie chciałam, żeby to zdanie zabrzmiało negatywnie. Za pomocą bloga poznałam Emilię (http://emiwdrodze.wordpress.com), ostatnio odezwała się do mnie przemiła dziewczyna o imieniu Asia. Pracę też pomagam załatwić:) A przynajmniej odpisuję na pytania i udzielam informacji, jeżeli coś wiem:)