Mój pierwszy raz na Couchsurfing

Czasami sobie myślę jak to jest, że mieszkam w najdroższej stolicy świata i jakoś ciągle żyję. No, naprawdę to jakieś dzikie szaleństwo, a ja ma szczęście idiotki, takie, że nawet kiedy nie miałam gdzie mieszkać przez jeden tydzień, to znalazłam wyjście z tej sytuacji. Na ostatnią chwilę, ale znalazłam.

Profil na Couchsurfing założyłam sobie tuż przed przyjazdem tutaj.  Bo prawda jest taka, że na dwa dni przed wyjazdem do Danii nie miałam jeszcze mieszkania. Ale ten problem się jakoś sam rozwiązał, a profil pozostał.  Postanowiłam zrobić z tego pożytek, bo kto to wie jak to będzie.

I właśnie, to niesamowite jak przypadkowo spotkani ludzie odmieniają twoje życie. I tak byłam przewodnikiem po Kopenhadze dla chłopaka, który miał być Anglikiem (sorry, Daniel!), a okazał się Polakiem i sprawił, że zaczęłam żałować: dlaczego poszłam na studia zamiast wtedy spakować się i po prostu wyjechać?

Cztery lata spędzone na dupie w Lublinie, te same cztery, które dla tych osób były genialnymi momentami w Brazylii, Tunezji, Sycylii, Hiszpanii, Kanadzie, Bałkanach…

Na ten pierwszy raz przeprowadziłam się kilka ulic od mojego mieszkania. Całkiem nieźle jak na kogoś, kto bał się pojechać autostopem z Roskilde do Kopenhagi. Nic nie poradzę, że wierzę w seryjnych morderców. Tak czy inaczej, to dziwne uczucie, kiedy jesteś sobie na imprezie i wiesz, że to właśnie z tym, z tym, a nie innym chłopakiem wrócisz dziś do domu… bo twoje rzeczy już tam są!

Koleje noce spędziłam sama w czyimś mieszkaniu, jedyny moim obowiązkiem było podlewać kwiatka i nosić klucze na szyi. Jeśli zgubisz – nie masz gdzie spać. Przypadkowo spotkani ludzie odmieniają twoje życie. Jednego dnia kogoś spotykasz, a drugiego już masz klucze do jego mieszkania. Jednego dnia uważasz siebie za odpowiedzialną osobę, a drugiego słuchasz cały dzień José Gonzáleza i masz ochotę kupić bilet do GDZIEKOLWIEK.

Peter i Łukasz, należy się wam wielkie dzięki!