Nie odnajdzie więcej nas ta sama chwila. (Budapeszt)

No chodź, jedziemy gdzieś, jedziemy Wiola… Siedziałam sobie właśnie u rodziców na wsi, moim jedynym obowiązkiem było zbieranie malin i wystawianie buźki do wrześniowego słońca. Aż tu nagle takie: no chodź, jedziemy. I jedziemy.

Do Porto Alegre wpadłam w drodze do Buenos Aires. To był luty. Tam moim przewodnikiem był Felipe i tak się stało, że przyjeżdżał do Europy i to on stał za tym: „jedziemy gdzieś, Wiola”.

Reunion odbyło się w Warszawie, ale był jeden problem. Otóż oboje nie mieliśmy zbyt dużo pieniędzy na tą podróż. Wtedy wpadliśmy na pomysł genialny i idealny. Felipe jest fotografem i robi (genialne oczywiście) filmy ze ślubów. Postanowiliśmy zrobić podobne dla hosteli. To znaczy Felipe miał zrobić, ja miałam załatwić. W Warszawie zarobiliśmy pieniądze na bilet do Budapesztu, w Budapeszcie pojechaliśmy z barterem i wymieniliśmy umiejętności Felipe na kilka noclegów. Tutaj sprawa się rypła. To znaczy biznes był idealny (oczywiście!) i od tej pory będę się nim chwalić na wszystkich rozmowach kwalifikacyjnych, jakim to ja jestem świetnym business developer i public relations representative, jednak okazało się, że

oboje jesteśmy raczej samotnymi podróżnikami, którzy wolą płynąć na fali przypadków, aniżeli planować i zgadzać się na kompromisy.

Dlatego nie odnalazła nas ta sama chwila z Porto Alegre i nasze drogi rozeszły się w Budapeszcie. W tym momencie zrozumiałam, i to jest bardzo smutne niestety, że zawsze będę podróżować samotnie. I chociaż strasznie chciałabym móc odwrócić głowę i powiedzieć do kogoś: „ale jest tu fajnie, nie?”, to tak nie jest i nigdy nie będzie. Lubię się gubić i odnajdywać, lubię spotykać nowych ludzi. Każdego dnia będzie to inna osoba, do której będę odwracać głowę, której wzroku będę szukać i która będzie mnie prowadzić.

reunion
Tomek Makowiecki powiedziałby: ostatnie wspólne zdjęcie

Taki był dla mnie Budapeszt. Chociaż mamy Wikitravel i milion blogów podróżniczych, ja nie sprawdziłam żadnych informacji o tym mieście. Jedyne co mogłam sobie wyobrazić, to budynek parlamentu wśród nocnych świateł i wiedziałam, że to jadę zobaczyć. Poza tym nie miałam żadnych oczekiwań. Nawet nie wiedziałam, że jest Buda i Peszt. I dobrze. Pamiętam, w São Paulo miałam koleżankę, która przygotowywała się do swojej pierwszej podróży do Europy. Planowała ją do ostatnich szczegółów. Pokazała mi nawet wydruki z Wikipedii o wrocławskich krasnoludkach. Trochę to dziwne, pomyślałam, ja tam chciałabym iść ulicami Wrocławia, spojrzeć pod nogi, a co to? Zaciekawić się, zdziwić.

W dzisiejszym podróżowaniu nie ma już tego elementu zdziwienia i przyjemności z własnego odkrywania. Wszystko zostało już opisane, każde zdjęcie zrobione.

Nie podoba mi się to, jestem za podróżowaniem w stylu: weź to poczuj. To jest takie proste. Zwłaszcza, kiedy jest się jedną dziewczyną z plecakiem. Bye, bye, Felipe.

Parlament Budapeszt

Jeśli mogę być sama, to jestem sama. Zanurzam się wtedy w miasto, a kiedy widzę osobę z fajnym aparatem fotograficznym proszę o sfotografowanie także mnie. Stąd te zdjęcia. Lubię też zagadywać tych, którzy robią sobie zdjęcia sami. Podchodzę wtedy i ja tobie, a ty mi i nie musimy się męczyć z selfie. Ale kiedy mogę kogoś poznać i być poprowadzaną przez miasto, a nie zgubioną w mieście, to jaszka, jestem na tak. Samotny lunch w postaci bułki i kiełbasy naprzeciwko parlamentu, ale na kolację już gulasz polecony przez studenta historii, który w tym, a nie innym bistro jada go codziennie. Po ten gulasz będę wracać. Samotne spacery w tą i z powrotem, ale wieczorem kino studyjne z Henrykiem (film „Boyhood”, polecam!), który był moim couchsurfingowym gościem, kiedy mieszkałam w Kopenhadze. Dobro powraca i oto popijam węgierskie wino na jego kanapie. Ja tobie, ty mi. Jeśli mowa o węgierskich winach, to wypiłam je aż dwa na Tym Moście, Na Którym Wszyscy Robią Sobie Zdjęcia w towarzystwie Kolumbijczyka, który zainspirował mnie niesamowicie. Oto on, wynajął sobie pokój na dwa miesiące i pisze książkę. Też chcę przeprowadzić się do Budapesztu i pisać książki. Chociaż myślę, że lepiej wyszłoby mi to w Lizbonie.

Koncert lokalnego zespołu, który kiedyś wygrał tutaj Idola, najlepszy hipster bar na świecie Szimpla i widok na Budapeszt z cytadeli to już Tomasz. Kiedy patrzę na nasze zdjęcia, muszę przyznać, że mam szczęście do bujania się z przystojnymi mężczyznami. Nigdy nie przyznam się w jaki sposób się poznaliśmy. Nie pytajcie. Ale zawsze szukajcie ludzi stąd. Po co siedzieć i przez trzy dni gapić się na parlament, jak Węgier może zabrać cię na koncert.

Życie, prawdziwe życie dzieje się w miastach, które odwiedzamy. Ile można stracić, jeśli będziemy patrzeć tylko na mapkę z hostelowej recepcji.

Budapeszt Chain Bridge
Tak, to ten most. Do mostów w mieście mam sentyment: Quinn Louise Bridge w Kopenhadze, nasze główne miejsce spotkań w drodze na Nørrebro i z Nørrebro, most Karola w Pradze, na którym witałam nowy rok 2013 czy ten we Florianopolis, który wyglądał jak San Francisco. Najlepsze wspomnienia.

BudapesztBudapeszt

Czasem lubię, kiedy czas rozciąga się ot, tak sobie. Lubię siąść sobie w barze i czytać książkę i pamiętać, że tą książkę czytałam będąc w Budapeszcie. Inspirować się ludźmi (ten pomysł z pisaniem książki nie daje mi spokoju). Także niech ten wpis będzie inspirujący.

Wiecie przecież, że Węgry to wino na zmianę z gulaszem i już. I Parlament. I Chain Bridge. Jedyne co mogę polecić to przespacerowanie się Király utca i Kaziniczy utca, na końcu będzie to, czego Berlin nie widział: Szimpla.

Bar-graciarnia, ogromna przestrzeń, kamienica zaaranżowana tak, że po prostu Berlin niech się schowa. Twój Instagram oszaleje. Polecam ja, Wiola Starczewska. I mój przewodnik Tomasz.

Budapeszt
Tam jest Buda, a tam Peszt. O, tam w dole.

Budapeszt

A teraz Panie i Panowie, Szimpla!

collage

Kochacie to już? Bo ja tak. Takie rzeczy tylko w Budapeszcie. Dla żądnych więcej odsyłam do internetu: ruinpubs.com

Szimpla

  • to wiola starczewska bywa u rodzicow na wsi i zbiera maliny? myslałam że Ciebie nigdy w chacie nie ma 😉

    rozumowo ogarniam Twoje podejście i patrzę na nie z szacunkiem – oto jest prawdziwy podróznik! ale, jest chyba opcja na to żeby miec kogoś ze sobą i nie tracić nic z tego co przeżywasz bujając sie sama/z lokalsami.
    wystarczy jechac z kims tabula rasa, komu wszystko jedno gdzie i co będzie robil. taka osoba chetnie pójdzie gdzie bądź, a jak sie zmęczy to sobie poczeka w parku albo w hostelu posiedzi przed komputerem. jesli taka osoba ma smykalke do ogarniania rzeczy ktorych Ty nie lubisz przy wyjazdach – masz win-win ;d

    o tych miejscach z budapesztu dowiedziałam się juz po tym jak tam byłam w doroslym życiu, bardzo mi teraz smutno.
    ale powiem Ci że mam jednak taki „fear of missing out” (hehe) – i nie pojechałabym nigdzie bez poczytania blogow i stron typu like a local, bo bałabym sie ile rzeczy mnie ominie bez tego. mogę nie zobaczyc parlamentu w londynie, ale bez blogów itp. nie trafiłabym nigdy np. na targ na brick lane. łażenie bez kierunku w fajne uliczki uprawiam też, ale jednak plan ramowy muszę mieć.

  • (ok, moja trzecia próba dodania komentarza, dobrze że jest ctrl c, ctrl v)
    to wiola starczewska bywa u rodzicow na wsi i zbiera maliny? myslałam że Ciebie nigdy w chacie nie ma 😉

    rozumowo ogarniam Twoje podejście i patrzę na nie z szacunkiem – oto jest prawdziwy podróznik! ale, jest chyba opcja na to żeby miec kogoś ze sobą i nie tracić nic z tego co przeżywasz bujając sie sama/z lokalsami.
    wystarczy jechac z kims tabula rasa, komu wszystko jedno gdzie i co będzie robil. taka osoba chetnie pójdzie gdzie bądź, a jak sie zmęczy to sobie poczeka w parku albo w hostelu posiedzi przed komputerem. jesli taka osoba ma smykalke do ogarniania rzeczy ktorych Ty nie lubisz przy wyjazdach – masz win-win ;d

    o tych miejscach z budapesztu dowiedziałam się juz po tym jak tam byłam w doroslym życiu, bardzo mi teraz smutno.
    ale powiem Ci że mam jednak taki „fear of missing out” (hehe) – i nie pojechałabym nigdzie bez poczytania blogow i stron typu like a local, bo bałabym sie ile rzeczy mnie ominie bez tego. mogę nie zobaczyc parlamentu w londynie, ale bez blogów itp. nie trafiłabym nigdy np. na targ na brick lane. łażenie bez kierunku w fajne uliczki uprawiam też, ale jednak plan ramowy muszę mieć.

    • Tabula rasa? Znam ten typ, to tak zwany typ amerykański. Pewien Amerykanin jechał ze mną do Słowacji (na blogu wkrótce), on był po prostu mistrzem: na wszystko się zgadzał, wszystkiemu przyklaskiwał. Jak to Amerykanie, na ‚how are you’ zawsze ‚gooood!’.

      W Bursie, owszem, pokierowali mnie do najfajniejszego hamamu w Turcji, byłam też w meczecie, ale dużą częścią mojego pobytu były długie śniadania z moim hostem, dyskusje, które przerodziły się w niezłą przyjaźń. Zatem czy w podróż samemu, czy z kimś? ot, dylemat. Ja na dzień dzisiejszy sama. Ot, tak się złożyło. Przeczytane dziś w necie: „Samotność, to przyjemność posiadania możliwości myślenia i działania na własny rachunek”

    • A owszem, z rodzicami. Najbardziej lubimy jeść maliny i oglądać ‚Jeden z dziesięciu’

  • Szimpla jest faktycznie rewelka !