O tym jak mieć kasę i nie mieć kasy w Rio de Janeiro

Tak jakoś się stało, że w tym tygodniu zakończyłam swoją karierę na Couchsurfingu i postanowiłam się ustatkować. Zaczęłam wreszcie mój wolontariat i mam mieszkanie. Problem w tym, że zostałam nieźle wykiwana, bo zesłali mnie do dzielnicy o nazwie Pechincha i teraz uczę się pokory stojąc w godzinnych korkach, przejeżdżając codziennie przez Miasto Boga, próbując złapać właściwy autobus –  jeden autobus przez 40 minut, drugi dwie godziny, dopiero wtedy jestem w centrum.

993457_475597275882203_221166646_n

Poznałam wiele stylów życia w czasie mojego pobytu tutaj, teraz wiodę styl pani z dzielnicy, do której żaden turysta nie zagląda, prawdopodobnie jestem jedyną Europejką tutaj. Mamy basen, mamy sprzątaczkę, mamy ryż z fasolą, niby jest ok, ale kiedy próbuję porównać to co widzę za oknem mojego autobusu – nijak wszytko do siebie pasuje. Chyba żyjąc w Danii, gdzie wszyscy są sobie równi i nie ma znaczenia czy sprzątasz czy pracujesz w Maersku, zapomniałam o prawdziwym życiu. O życiu, w którym przez 10 godzin pakujesz produkty do plastikowych siateczek, a potem wracasz do domu przez dwie godziny. Jesteś super głodny, więc kupujesz przekąski od ulicznych sprzedawców i próbujesz zapchać się ciastkami. Ci ludzie nie mają czasu myśleć, że cos jest nie tak. I teraz ja jadę razem z nimi tym autobusem, chociaż wiem, że dla mnie to tylko chwila, jakiś moment w życiu, który wkrótce zmienię, bo mam taki wybór. I tylko śmieję się, kiedy autobus wywiezie mnie przez Miasto Boga albo Barra de Tijuca, gdzie zbudowano drugie Miami, ulice są szerokie a Mac Donaldy trzy razy większe. Centra handlowe wielkości Dolnego Śląska, a osiedla mają swoje własne licea. Próbuję to wszystko ogarnąć. Kiedy dodamy niewielkie studia singli na Ipanemie i Copacabanie, studia warte miliony, których właściciele chodzą surfować i jeździć na deskorolce – wszystko to razem tworzy jakąś abstrakcję, abstrakcję nierówności i smutku trochę.

Leme Rio de Janeiro

Któregoś dnia siedzę sobie w Vidigal, wpieprzam swój ryż z fasolą, a pani obok rozmawia przez najnowszego iPhona, obok przejeżdża super czysty mercedes. Na Lapa potykam się o bezdomnych. W Pechincy mam wrażenie, że ludzie nie robią nic tylko jeżdżą autobusami. Nie żebym chciała tu pisać jakieś polityczne manifesty, Brazylia interesuje mnie bardziej z kulturowego punktu widzenia, ale spójrzcie na poster, który najlepiej ilustruje moje Przemyślenia Z Autobusu z dzisiejszego tygodnia (w tekście powyżej). A potem cudowna Copacabana, a potem zdjęcia z mojej dzielnicy. Enjoy!

1

  • Nie wyobrażam sobie spędzać 5-6 godzin dziennie na dojazdach, to prawie jak drugi etat! Pewnie odległość nie taka straszna, tylko te korki, prawda?
    Ciekawa jestem co to za wolontariat!

    • I odległość i korki, Rio jest molochem, do którego nie mogę przywyknąć po mieszkaniu w Kopenhadze.

  • Aneta

    trzeba tam być, żeby to poczuć, poczuć te kontrasty i różnorodność… favela pomiędzy biurowcami bogaczy. Ja mieszkałam w dzielnicy Penha i też miałam takie wrażenie ludziach tam mieszkających, że ich głównym zajęciem to jazda autobusem…

  • Petra

    Wiolu, czy mozesz napisać cos Wiecej o wolontariacie.
    Z ciekawoscia poczytam. Korki sa wszedzie. W Indiach
    widzialam to samo : bezdomni a obok Pani
    W europejskim ubraniu z iPhonem. Globalizacja. Tez sie cieszę
    Ze mam wybór. Pozdrawiam.

    • Niedługo zmonstruję wpis o wolontariacie. chciałam tylko trochę więcej wrażeń zebrać, żeby móc to napisać.

  • Petra

    Świetne;) Czekam na wpis. Pozdrawiam:)