O tym jak zauroczyła mnie Sintra

Sintra została stworzona po to, aby spędzać tam niedzielne romantyczne popołudnia. Albo mieć doskonałą scenerię do zrobienia ślubnych zdjęć.

Już w momencie, kiedy wysiadam z pociągu wszyscy wyciągają swoje aparaty i robią fotki czemu popadnie. Mijam informację turystyczną i idę przed siebie. To niewielkie miasteczko, nie można się zgubić. Szybko jestem na głównym rynku. Rozglądam się dookoła, proszę innych turystów o zrobienie mi zdjęć. Klimatem przypomina mi to tak dobrze znany Kazmierz Dolny nad Wisłą: żadnych marketów, urocze kamienice, knajpki, zamek. Wspinam się więc na zamek. Jestem coraz wyżej i wyżej, widok jest niesamowity. Nie czytam broszury o historii zamku, którą dostaję wraz z biletem i po prostu chłonę ten widok. Na kolejny zamek nie mam już czasu, szybko zbiegam do miasta, gdzie wybieram przytulną restauracyjkę na lunch. Dorsz to coś co już kosztowałam, tutaj też jest dobry. Jakiś pan gra dla gości na skrzypcach, kelner w starszym wieku proponuje espresso po posiłku, białe obrusy i serwetki, dwie Niemki przy stoliku obok wybierają przystawki, ale mimo to nie jest tak tandetnie. Całkiem uroczo. Czuję się świetnie, zwłaszcza, kiedy myślę sobie, że za tą cenę w Kopenhadze mogłabym mieć jedynie zestaw w Burger Kingu.

Wiem, że musze pójść do kawiarni Piriquita. Kelnerowi pokazuję notatkę z nazwami ciastek, którą na moim telefonie sporządziła mi znajoma.

Ten śmieje się trochę z tego pomysłu, ale szybko przynosi mi travesseiro i queijada de sintra. Zapominam tylko spytać które jest które. Ale smakują mi oba, to zadowolenie w moich oczach widzi para, Francuz i Niemka, siedząca obok mnie. Nawiązujemy krótką rozmowę o ciastkach i zamku. Są zdziwieni, że podróżuję sama.

Muszę jednak szybko uciekać z powrotem do Lizbony. To była idealna niedziela.