Porto Alegre

Porto Alegre jest moim przystankiem na trasie Salvador-Buenos Aires. Brazylijskie linie lotnicze są tak skonstruowane, że posiadacz zagranicznej karty płatniczej owszem, może sobie wybrać bilet, wpisać wszystkie dane, nawet zrobić to w anglojęzycznej wersji strony internetowej, ale płatność zwyczajnie nie przechodzi. Czuję się jak w latach 90, kiedy muszę jechać do biura linii TAM, żeby za gotówkę kupić swój bilet. Oczywiście jest droższy niż kiedy sprawdzałam rano na stronie internetowej, ale postanowione, że jadę to jadę.

Zresztą to było dwa tygodnie temu, a wtedy jeszcze nie wyrobiłam swojego zdania o Salvadorze – że jest to miejsce, gdzie mieszkają najbardziej uroczy ludzie na świecie. 80% czarnej populacji. Reszta to Mulaci. Ląduję w Porto Alegre i aż dziwnie mi, kiedy słyszę, że ci rudzi, blond potomkowie Włochów, Niemców i Polaków mówią po portugalsku. Samo miasto też takie dziwne. Takie czyste, aż muszę się wybrać na Rodoviarię, żeby pobyć w atmosferze ulicznych sprzedawców i bezdomnych. Mój couchsurfingowy host żałuje mnie, że tam poszłam (a poszłam, bo oczywiście biletu do Buenos Aires nie można kupić online). Ja jednak bardziej lubię znaleźć się na targu z mięsem niż na deptaku dla turystów.

PicMonkey Collage2

Samo Porto Alegre takie sobie, ni to wygląda jak Katowice ni jak Paryż. Mam za to przeogromne szczęście, bo Thiago, mój host zabiera mnie na koncert The Doors. To znaczy cover bandu The Doors, ale to i tak brzmi egzotycznie po tych wszystkich sambach i capoeirach. Ojacie, czuję się jakbym miała 17 lat, bo koncert odbywa się w klubie o nazwie Graffiti, takiej samej jak koncertowe miejsce w Lublinie, które pamiętam z licealnych czasów. Następnego dnia (oczywiście nie było już miejsc na autobus do Buenos Aires) trafiam do mieszkania Felipe, który jest fotografem, więc już się cieszę, że będę miała ładniejsze zdjęcia. Spędzam dwa genialne dni, głównie na jedzeniu (churrasco – czemu wariacje na temat grillowanego mięsa są bardziej popularne w gorącej Brazylii aniżeli w Danii, gdzie trzeba mieć siłę na pedałowanie w mrozie i chłodzie?). Na jedzeniu, bo cóż, muszę czekać na ten autobus, a w dodatku mój host jest nie tylko świetnym fotografem, ale też kucharzem.

Poważnie zastanawiam się czy by nie zostać, ale zgodnie z cytatem z Kerouaca, „zniewala nas zbyt duży świat” i wiem, że muszę ruszać w podróż.

PicMonkey Collage3

Tym razem zbyt duży świat nas nie zniewolił, bo wsiadając do opóźnionego autokaru Saõ Paulo-Buenos Aires widzę Borisa, którego poznałam 3 tysiące kilometrów stąd. I oto jedziemy razem i gadamy.

Przed nami 23 godziny zanim dotrzemy do Argentyny.

Porto Alegre nie wyglądało pięknie w moim aparacie, więc mam tylko zdjęcia z telefonu. Są na nich ulice miasta, ja z Jimem Morrisonem prosto z Rio Grande de Sul, Felipe, który coś tam gotuje i ja z moim plecakiem na dworcu kolejowym. Takie tam, z Porto Alegre.

IMG_1464

  • Emi

    no tez sie zawsze zastanawiam, czemu w goracych krajach obzeraja sie tlustym miesem i goracymi zupami! A na dodatek duzo chilli byc musi, coby czlowiekowi sie jeszcze gorecej zrobilo 😛