Praca w hostelach

Salvador Brazylia

Raz w życiu nie musiałam sobie załatwiać roboty. Do Salvadoru przyjechałam na gotowe, nawet nie sprawdzałam gdzie jest hostel Nega Maluca (zdjęcie poniżej, czerwony budynek), w którym miałam dołączyć do mojej koleżanki.

Salvador Brazylia

Pierwsze doświadczenie z pracą w hostelach w zamian za spanie i jedzenie było dla mnie kiepskie. Dopiero tutaj odnalazłam to, co chciałam odnaleźć: domową atmosferę i wolny czas tylko dla siebie. Muszę pracować 5 godzin dziennie, ale to wygląda tak, że głównie maluję paznokcie albo gram w Tindera (słyszał ktoś o tej durnej aplikacji na telefon, gdzie wyszukujesz najbardziej atrakcyjnych dla ciebie chłopców mieszkających w promieniu kilku kilometrów od ciebie? Czasem zdarza mi się trafiać na naszych gości, taka nuda). Mogę wsadzić nos w komputer albo leżeć godzinami na hamaku naszego balkonu albo mogę dołączyć do dyskusji z gośćmi. Mogę wyskoczyć do sklepu w pidżamie, ugotować sobie obiad, mamy kota i psa (kot zwykle śpi na łóżku któregoś z gości, pies śpi obok mnie na recepcji, strasznie chrapie).

Salvador Brazylia
To chyba moje ulubione zdjęcie Salvadoru. Genialnie przedstawia atmosferę tego miasta.

Czuję się jak locals, chociaż wiem, że mieszkam w najbardziej turystycznej części miasta.

Pewnie inni localsi już się zastanawiają kim jest ta dziewczyna, która ukradkiem wyjmuje aparat z reklamówki, żeby zrobić zdjęcie walącemu się budynkowi, a potem wraca z mięsem mielonym i piwami w tej reklamówce.

Jedno czego żałuje, to to że trochę zaniedbuję mój portugalski. Owszem, potrafię poprosić sprzątaczkę o pranie i zmienienie pościeli, dziś udało mi się poprosić o wspomniane mięso mielone na spaghetti, do tego opowiedzieć ile czasu mieszkam w Brazylii i takie tam, ale coś czuję, że to za mało. Na pewno za mało. Ten portugalski uważam za punkt honoru i nie chcę stąd wyjeżdżać zanim się nie nauczę. Choćby trochę więcej.

Dziś w galerii zdjęcia mojej dzielnicy. Częstowałam was już genialnymi kawałkami mojej sztuki fotografowania ulicy, kiedy mieszałam na Pechinchy. Dziś moją ulicą jest uroczy rządek domków, niektóre walące się, taka szkoda, ale dlatego właśnie je lubię. Chętnie wlazłabym w te gruzy i sfotografowałabym każdy brud tej ulicy. No, ale na razie to sobie tak tylko spaceruję i po drodze do sklepu robię takie oto zdjęcia:

PicMonkey Collage

PicMonkey Collage2

  • Podpis *

    Kochana czytam Cię z zapartym tchem !spędził am w tamtym roku poltora miesiąca w Brazylii zjedzajac ja od Recife po Rio ,korzystając z uroków komunikacji miejskiej i zupełnie nie przejmując się ” brazylijskimi zasadami bezpieczeństwa ” , spiac na rodaviari w salvadoze ,łapiąc stopa i będąc na faweli samodzielnie a nie zorganizowanym kuloodpornym autobusie jak do zoo..Żyje , wrócił am i tesknie jak cholera ! Nawet za piwem skol ze szklanek 🙂 dziękuje za opisy tak drogich mi miejsc i wielu kwestiach podziela Twoje zdanie .Całuje i wszystkiego dobrego !

    Ps.jak tylko będziesz mieć chwile to w bahi musisz pojechać do itacare to naprawdę rajska miejscowka , mała miejscowość artystyczna z mnogo ilością często niezbyt zatłoczonych plaże i klimat reggae jak na Jamajce . Jest tam sieciowy hostel che legato może kogoś szukają 🙂

    • Jesteś w Lublina może? Tak, na Itacare się wybieram, wszyscy nasi hostelowi goście o tym mówią.

  • Podpis *

    Tak z Lublina 🙂 Myślałam o tym żeby znów kupić bilet ale przeraża mnie ze przez te cake mistrzostwa ceny i ilość turystów będą zabójcze nawet w marcu 🙁

    • Ja się cieszę, że wracam przed tym całym zamieszaniem. Może nawet nie będę tu w czasie karnawału, nie wiem, ale właśnie też ten tłok mnie przeraża. I ceny. Przeżyłam Sylwester na Copacabanie, chyba wystarczy jeśli chodzi o momenty warte przeżycia.

  • Emi

    super taka praca w hostelu brzmi, muszę kiedyś spróbować tu w Azji!