Rzuć podróże i zacznij pracę na etacie!

Mitmitu

Powiecie: pomyliło mi się w tytule, powinno być: rzuć pracę i zacznij podróżować. A ja wam powiem: nie, nie pomyliło mi się, właśnie taki tekst chciałam napisać. Oto dlaczego:

-stolik z Ikei za dwie dyszki, biały
-lakier do paznokci w kolorze Pantone 2016 Rose Quartz
-jeden bilet na koncert Dżem w klubie Stodoła
-znajoma kasjerka w Społem
-garderoba, w której jest coraz więcej eleganckich sukienek.

American dream

Amerykanie zwykle opisują to w ten sposób: nudna praca, siedzenie w boksie, szef, lunche, zakupy w centrach handlowych, kawa w Starbucksie. Masz tego dość? Kup ten głupi bilet i zacznij podróżować. Sprzedaj wszystko, oszczędzaj przez pół roku i możesz jechać.

Zawsze się zastanawiam:

Czy Amerykanie mogą przeżyć rok w Azji Południowo-Wschodniej w zamian za pieniądze zaoszczędzone na niekupowaniu kawy w Starbucksie?

Chyba oni inaczej widzą świat i spanie w dormitorium w hostelu albo na Couchsurfing (to już dla nich wielkie wow!) to taka niesamowita odmiana od wycieczek all inclusive, na które do tej pory jeździli, żeby uciec od tabelek w Exelu i świątecznych koktajli w korporacji.

Jak dla mnie Amerykanie są za bardzo wszystkim podekscytowani, w dodatku piszą o tym na Lifehack i Huffington Post, potem to czytasz i też ci się wydaje, że jak zaczniesz oszczędzać na zakupach w Biedronce, to będziesz mógł zarzucić plecak, ten sam, który bierzesz na wycieczki Bieszczady, i będziesz nosił w nim, już nie piwo i kiełbasę, ale francuskie bagietki i aparat fotograficzny. Wrzucisz kilka fotek na bloga, firma turystyczna przyśle ci nowe buty, inna firma zrobi przelew za polecenie tego i tamtego hotelu, serwer spłaci się z programów afiliacyjnych i wszystko pięknie.

vs. Polish life

Jedni żyją życie takie, jakie przewidział im promotor ich pracy magisterskiej: zaczynają pracę w fajnej firmie w fajnym mieście i biorą ślub z narzeczonym, którego mieli szczęście poznać jeszcze przed juwenaliami na pierwszym roku. A potem czytają na Onet Podróże, że można inaczej, ba! że trzeba inaczej, że trzeba odpiąć łańcuch od biurka i na co najmniej pół roku jechać w podróż dookoła świata.

naklejki na walizkkę

Drudzy pakują walizkę, jadą do Norwegii, żeby zarobić duże pieniądze w śmiesznych pracach (nie żeby to było tylko o mnie, znam co najmniej trzy takie osoby: Emilia, Nadia, Gadulec, z szeregu wystąp), a potem jadą w podróż życia.

Taką podróż, wbrew temu, co mówią amerykańscy blogerzy, można odbyć jeszcze zanim znienawidzimy poranną jazdę metrem, Pana Kanapkę i deadline’y.

Po powrocie

A po powrocie to już się można delektować: tramwajami, swoim własnym białym stolikiem z Ikei, malowaniem paznokci co dwa dni na inny kolor i przelewami za mieszkanie. Przynajmniej ja tak to widzę. I wiecie co? Cieszy mnie to! Bo znam to uczucie, kiedy trzeba odłożyć na półkę książkę znalezioną w antykwariacie w Brazylii (Mario Vargas Llosa, przyrzekłam sobie, że kiedyś będę umieć przeczytać ją po portugalsku, spełniło się dwa lata później, chociaż już na wersji na Kindle). Kiedy ochroniarz nie wpuszcza cię do dyskoteki w Buenos Aires, bo masz na sobie Conversy, a nie szpilki.

Kiedy tak bardzo chciałabyś móc kupić coś, co można nosić tylko po wyprasowaniu, albo lepiej – coś, co jest białe lub też może stanik z koronką…Kiedy tak bardzo nienawidzisz ręczników z mikrofibry. Kiedy nie wystarcza już 10 kilogramowy plecak czy 20 kilogramowa walizka, bo chciałabyś móc zmieścić do niej pościel z Zara Home.

Rzuć pracę

Porto Alegre
Gdzieś pomiędzy Porto Alegre a Buenos Aires. Przez 6 miesięcy ten plecak był całym moim światem. Lubię to zdjęcie. Jest takie w stylu: to dokąd stary teraz jedziemy? pojedziemy gdzie chcesz.

Bo coś wam powiem: możecie być bardziej zestresowani w drodze niż w biurze! W biurze jak to w biurze, od pierwszej kawy do popołudniowej zielonej herbaty. Klientów można spławić e-mailami, przez telefon też nam nic nie zrobią.  Kupowanie biletów na autobus gdzieś pomiędzy Porto Alegre a Buenos Aires, researchowanie TripAdvisora, ukrywanie aparatu w torbie po czipsach, pieniędzy majtkach, a iPhona w zamykanej na kluczyk szafce – to dopiero jest histeria.

Jeszcze coś wam powiem: wcale nie musisz znaleźć tego samego, co w „Eat Pray Love”. W ciągu trzech lat nie spotkałam się z tym samym mężczyzną więcej niż trzy razy. Zaczęłam uważać to za swoiste fatum, już nawet zaczęłam liczyć: jeden… dwa… koniec, jeden… papa, jeden, dwa, szybciutko trzy… bum! Nic. Podobno ludziom to się przytrafia, Elizabeth Gilbert nie mogła tak do końca fantazjować. Smutna prawda podróżowania jest taka, że musisz umieć szybko nawiązywać kontakty i godzić się na szybką ich utratę. Kiedy w codziennym życiu dni mijają, jeden po drugim, wszystkie do siebie podobne, nie trzeba się tak śpieszyć w ustawianiu randek. Zdarzą się albo się nie zdarzą, przed świętami czy na wiosnę, co za różnica.

A moje przyjaciółki? Mieszkają w Irlandii, Gujanie Francuskiej, Moskwie, Rio de Janeiro, Kopenhadze… musiałabym być bardzo bogata, gdybym chciała wpadać do nich na kawkę.

I ostatnią rzecz Wam powiem: wreszcie mogę ustawiać sobie pamiątki na półkach i otaczać się rzeczami, które przypominają mi o podróżach. Wreszcie mogę sobie zwozić mapy i pojemniki na cukier z napisem „Açucar” i mieć gdzieś pytanie: mieć czy być. Wreszcie mogę mieć!

Napisałam ten tekst, bo chciałam zwrócić uwagę na to, jak łatwo zachłysnąć się artykułami motywującymi do podróżowania. Codzienność i praca też są fajne. Dzięki temu, że swego czasu przeciągnęłam plecak przez pół świata, dziś siedząc za biurkiem nie marzę o urlopie, że ach, kiedy to się skończy. Czasem przypominają mi się śmieszne historyjki z drogi. Czasem zerknę sobie na Facebooka, sprawdzę co robią moi znajomi z Nepalu. I takie tam.

rzuć pracę

Zdjęcia zrobił Piotr z Oopssidedown.com
Zastanawiam się co myślą blogerzy podróżniczy o takim postawieniu tematu? Wypowie się ktoś?
  • Bardzo mi się podoba to jak o tym piszesz Wiola! No, może z wyjątkiem tego lakieru – co dwa dni innego – bo ja lubię jak się długo trzyma.
    Zachłyśnięcie się tym czego nie mamy – o to chyba chodzi w tym rzucaniu pracy. Niektórym to pewnie pomoże, ale inni są szczęśliwi i bez tego.

  • Aleksandra Taskin

    Ciężko mi skomentować ten post, bo nigdy tak długo nie podróżowałam. Większość roku spędzam w pracy i marzę o podróżowaniu 🙂 Chociaż nie takim długim, bo w domu będzie czekał na mnie tęskniący pies 🙂

  • Wiola, dziękuję Ci za ten tekst.
    Po 3 miesiącach z plecakiem i 4 odwiedzonych krajach wróciłam do Warszawy i zatrudniłam sie w korporacji. Słyszałam pytania, jak poradze sobię z rutynową pracą. A ja właśnie potrzebowałam rutyny. Wstawania codziennie o tej samej porze i stałej pensji tego samego dnia każdego miesiąca. I przyznaję, że co miesiąc przelewam % pensji na konto ‚podróże’. Ale nie czekam na urlop z wytęsknieniem. Nie chcę wyjechać ‚gdziekolwiek’. Swoje już widziałam, mam konkretniejsze cele. Wiem w jakim kierunku. A kupienie nowego płaszcza lub kawiarki zaczęło sprawiać mi niebywałą przyjemność. I na pewno znowu wyjądę na dłużej z plecakiem, ale spokojniej, bardziej świadomie. I bez lęku, że ‚sama’ i niekoniecznie ‚już’.

  • o ja, o ja, jak bardzo był mi potrzebny taki tekst, dziękuję!

    tylko to ostatnie zdanie mnie zasmuciło, takie trochę na odwal to „i takie tam”. już choćby „i życie toczy się dalej” byłoby milsze. bo rozpieściłaś mnie przez te wszystkie tysiące znaków, a pożegnałaś jak ekspedientka namolną emerytkę w sklepie! 😉

    niemniej: mocno dziękuję i ściskam, bo zapomniałam już, że bycie w drodze jest fajne głównie wtedy, gdy NIE jesteś w drodze, masz jednak gdzie spać i gdzie wysuszyć ręcznik. oraz za co jeść. 🙂

    • Nie, ja tak czasem używam tego jak przysłowia. Z przymrużeniem oka. Wiesz, czasem opowiada się coś w ten sposób: „i przyszedł do mnie, całowaliśmy się i takie tam” albo „lubię oglądać filmy o miłości i takie tam”. Że czytelnik wie o co chodzi, że nie trzeba więcej dopowiadać.

  • fajnie, że dotarłaś w końcu do momentu, kiedy tak nasyciłaś się podróżowaniem, że masz ochotę posiedzieć za biurkiem. u mnie jeszcze ten moment nie nadszedł, ciągle wyciągam szyję i patrzę, gdzie by tu pojechać i perspektywa rocznego kontraktu na pracę, mieszkanie czy cokolwiek mnie zwyczajnie przeraża, bo jak tu wysiedzieć rok w jednym miejscu?
    powodzenia!

    • kiedy kończyłam wolontariat w Portugalii, zobaczyłam ofertę półrocznego stażu w Brukseli w organizacji dotyczącej młodzieży w dziale komunikacji, czyli coś co mnie interesowało, ale powiedziałam nie: nie chcę robić kolejnych planów tylko na pół roku.

      • i dobrze, fajnie jest planować tak, by było nam dobrze w tym momencie, w którym jesteśmy. i nie trzeba robić niczego na siłę, bo nawet w największej pasji można się w ten sposób wypalić.

  • Dziękuję Ci za ten tekst.
    Po 3 miesiącach z plecakiem i 4 odwiedzonych krajach wróciłam do Warszawy, po dwóch dniach byłam już ‚na umowie’. Słyszałam pytania, jak poradze sobię z rutynową pracą. A ja właśnie potrzebowałam rutyny. Wstawania codziennie o tej samej porze i
    stałej pensji tego samego dnia każdego miesiąca. I choć co
    miesiąc przelewam % pensji na konto ‚podróże’, to nie czekam na urlop z wytęsknieniem. Nie chcę wyjechać ‚gdziekolwiek’. Swoje już widziałam, moje cele są konkretniejsze. Wiem w jakim kierunku. Męczą mnie kompani, którzy chcą po prostu wyjechać ‚gdzieś’ i ‚przeżyć przygodę’. A i kupienie nowego płaszcza lub kawiarki zaczęło sprawiać mi niebywałą przyjemność. Na pewno znowu wyjądę na dłużej z plecakiem, ale spokojniej, bardziej
    świadomie. I bez lęku, że ‚sama’ i niekoniecznie ‚już’.

  • Ja jestem z tych co mówią: będę jeść ciastko i mieć ciastko. Nie muszę wyjeżdżać na pół roku ani przejechać od razu pół świata, najlepiej zakładając od razu nowego bloga na ten temat albo rozgłaszając wszystkim znajomym.
    Chcę za to co kwartał albo i częściej wyczekiwać jakieś nowej podróży, w jedno zupełnie nowe miejsce, a w międzyczasie sobie pracować, niekoniecznie na etacie, ale na frilansie.
    I porzucić większość potrzeb materialnych, które też mi gdzieś tam wcześniej wmawiano na tych samych amerykańskich serwisach, tak żebym nie tęskniła za tym, że jednak pościel to mam z Lidla, a nie z Zary.
    Da się mieć fajne życie na co dzień, nie oparte na rzeczach, i da się też mieć satysfakcję z każdej nowej podróży, bez szukania uczucia przesytu.

  • Jaki mądry tekst! I nawet się w nim znalazłam. Akurat ja od niczego i nikogo nie uciekałam. Na rok zostawiłam fajne życie studenckie i wyjechałam. I masz całkowitą rację – takie długoterminowe podróżowanie też jest męczące i potrafi dać nieźle w kość! Jak ja czasem, będąc w Azji, marzyłam o własnym łóżku, żółtym serze i świętym spokoju. Nie martwić się o to czy jutro będę miała gdzie spać i co się stanie jak nie uda mi się przesiadka z jednego busa do drugiego. A byłam z chłopakiem! Co dopiero podróżowanie samemu! A plan mam prosty: po obronie i jeszcze jednej długiej podróży chcę robić w życiu coś co sprawia mi przyjemność i przynosi zadowalające pieniądze. Mam parę pomysłów, jeszcze nie wiem, w którą stronę pójdę, ale będzie dobrze. Jeśli połączę pracę z podróżami to super. A jak nie to postaram się mieć na tyle swobodny zawód, żeby jeździć gdzieś co kilka tygodni 🙂

  • dec&dec

    super tekst 🙂 ja staram się raczej odpowiednio dobierać proporcje niż rzucać się w szał podróżowania/korpoegzystencji 🙂 cenię sobie swoje codzienne życie, pracę, pozapracowe aktywności, a kilka razy do roku lubię wyruszyć w konkretnym kierunku, z oczami szeroko otwartymi na to, co się dzieje dookoła. Z reguły nie jest to modny kierunek – najczęściej Europa i jej zakamarki, o których się zapomina w pogoni za „egzotyką”. Zarówno podróż, jak i etat są dla mnie dwiema potrzebnymi rzeczywistościami – bez którejkolwiek z nich nie byłoby mi dobrze.

    Wydaje mi się, że rzucenie pracy i wyruszenie w wieczną drogę nie jest receptą na życie – gdzieś wcześniej czy później trzeba sobie to życie ułożyć i tutaj leży sztuka: żeby ułożyć je tak, by nie trzeba było od niczego uciekać. Ale takie komunikaty sprzedają się gorzej niż medialna motywacja 🙂

  • Ja chyba jestem gdzieś pomiędzy. Z jednej strony codziennie myślę o tym gdzie chciałabym wyjechać, odkładam pieniądze na wyjazdy i myślę już poważnie o dłuższym wyjeździe przed którym trzeba będzie się pożegnać ze wszystkim co miłe i przyjemne, a z drugiej cieszę się i lubię miejskie życie, niekoniecznie rutynę z nim związaną, ale całą otoczkę i możliwości – uwielbiam. Ale i tak z utęsknieniem wyczekuję dnia kiedy będę mogła spakować plecak i ruszyć w najdłuższą podróż swojego życia, ale wiem też że i po niej nadejdzie ten moment kiedy będę chciała wrócić do ciepłego i czystego łóżka, pracy 9-17 i wygodnego życia 😉

    • Kiedyś pracowałam w hotelu, bardzo eleganckim, takim, do którego często przyjeżdżały statki wycieczkowe z Ameryki (między innymi stąd miałam dolary, żeby przeżyć w Buenos Aires!), a z tych statków wychodzili dziaduszkowie-Amerykanie, niektórzy naprawdę musieli używać wózka czy chodzika. Przynosiłam im kapcie i szlafroki i myślałam, że podróżować chcę, kiedy mam siły, żeby cieszyć się miastem, a co to takie podróże z chodzikiem w pięciogwiazdkowym hotelu… I o tych Amerykanach myślałam, kiedy pisałam ten tekst.

      • Jeszcze nie masz chodzika, nie? 😉 Zatem wybawisz się jeszcze w życiu Wiola, oj wybawisz i żaden stolik z IKEI Cię nie poratuje 😀

  • Pawel Szpala

    Prawdziwe życie Alfa Samicy. Bez obowiązków, bez faceta, (psa ?)
    Mnóstwo wolnego czasu 🙂 ja tam do tego stolika bym doinwestował jeszcze Playstation4 🙂
    Z tekstu wyczuwam kobiecy instynkt „ustatkowania” 🙂

  • Ja też uważam, że stabilizacja jest fajna i praca na etacie jest fajna, i swoje miejsce z lodówką, na którą można przylepić nowy magnes z podróży. Tylko jeśli ktoś ma głód wyjeżdżania i życia na walizkach, to jeśli nie wyjedzie w żadną dłuższą podróż, to nie będzie się umiał całkowicie cieszyć z takiej stabilizacji. Widzę to po sobie – z jednej strony chcę stabilnego życia, ale wiem, że będę nim w pełni usatysfakcjonowana dopiero, gdy przeżyję takie kilkumiesięczne włóczęgi po świecie. Tak przynajmniej teraz mi się wydaje 😉

    • i dla mnie to, co napisała Natalia, to jest celna uwaga. Wiola – Ty się już bardzo dużo wyjeździłaś, więc mogłaś się zmęczyć już życiem na walizkach. u mnie następuje proces odwrotny. po studenckim włóczęgostwie bardzo mnie cieszył etat, a teraz, kilka lat odkąd go mam, marzę o kilku miesiącach w podróży, a nie skrzętnym liczeniu każdego dnia urlopu i zastanawiania się, który wyjazd muszę przełożyć na bliżej nieokreśloną przyszłość. i pewnie rzucę pracę i się wyjeżdżę, a potem mogę się cieszyć ze stabilizacji. teraz mnie ona uwiera. podsumowując – zależy czego kto potrzebuje, mnie też raczej irytują odrealnione wpisy na huffpost.

      • Monika

        Tak. Myślę ze każdy w danej chwil8 ma swoje marzenia i priorytety. Ja też czuję w tej chwili ucisk. Chciałabym się tak wloczyc.. robić co sobie wymyślę. Może to i prawda że codzienność jest fajna ale dla kogoś kto się już wyjezdzil. Ja np. Chce poczuć na własnej skórze jak to jest. A nie tylko z opowiadań!

  • Darek Jedzok

    W tym, co piszesz, jest wiele prawdy. Jeżeli ktoś nie potrafi się pogodzić z samym sobą, to będzie tak samo nieszczęśliwy i w domu, i w podróży. Globtroterstwo fajna rzecz, ale nie rozwiąże wszystkich problemów (a czasem dorzuci kilka nowych:)).

    • otóż to! ja właśnie planuję niedługo napisać co nieco u siebie o tej samotności i nałogowym wręcz globtroterstwie. hmm, bo chyba zdarza się to częściej, niż nam się czasem zdaje…

  • Joanna Golińska

    Ugryzłaś ten temat w bardzo fajny sposób i masz dużo racji w tym, co piszesz. Podróże męczą, szczególnie te bardzo długie, ciągła zmiana ludzi wokół, ciągle te same, sprane ubrania. Tak samo jak podróże, waży jest też własny kąt, do którego się wraca i lodówka, na której w końcu można umieścić te wszystkie magnesy. I ulubiona kawiarnia..

  • Moja historia była nieco inna… przez 10+ lat pracowałem na etacie… z czasem krótkie weekendowe wyjazdy +1,2 konkretne „wyprawy” przestały mi wystarczać… rzuciłem pracę bo chciałem sprawdzić czy dam radę w nowych realiach – wychodząc poza „strefę komfortu” czyli stałą pracę i przewidywalną pensję każdego 1-ego. Nie musiałem uciekać z korpo – nawet lubiłem moją pracę… Właśnie mija 5 m-cy na Borneo… plan to kolejne 2 lata… ciekawe czy / kiedy zacznie mi brakować życia na etacie i mojej lodówki z magnesami. Dzięki za ten wpis – daje do myślenia !!! Pozdrowienia z Kota Kinabalu 😉

  • Z zaciekawieniem przeczytałem ten artykuł, wiedziałem bowiem, że trafisz w sedno. Chyba trochę też mówiłem o tym na Wachlarzu w Poznaniu – żyjemy w czasach „rzuć i….” tylko właśnie to „rzuć i…” wcale nie jest takie łatwe. I czy naprawdę trzeba to robić, żeby być szczęśliwym? Sam nie znam ostatecznej odpowiedzi na te wszystkie pytania. Kiedyś rzuciłem wszystko i wyjechałem do Chin na rok. Ale to było 9 lat temu. 9 lat temu wszystko dosłownie mi wisiało, ale 9 lat później jest inaczej – jest żona, jest pies, podróżujemy razem, w ciągu ostatnich lat dużo, bardzo dużo, nawet łącząc to z pracą na etacie. I co? I najfajniejszym momentem jest to, gdy wracamy z podróży.

    Zupełnie inaczej patrzyłbym na to wszystko, gdybym był wziętym programistą jakiegoś tam sortu. Zarabiając kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy na miesiąc z pracy polegającej na stukaniu w klawiaturę, zapewne nie zastanawiałbym się za wiele, gdzie pracować, żyć podróżować, bo byłoby to mi odrobinę obojętne.

    Jedno jest pewne. Po 7 latach intensywnego podróżowania postanowiłem zafundować sobie więcej czasu na to, żeby móc w końcu o wszystkim tym napisać. Bo przecież trzeba mieć też czas na normalne życie, które w przypadku ludzi szczęśliwych, jest tak samo pasjonujące, jak wyprawa do Honolulu.

    Pozdrawiam!

    • No, ja już od jakiegoś czasu się zastanawiam co ty tam kminisz nad nowym norweskim stolikiem:)

      • Aktualnie siedzę i planuję Azory i Maderę, które zaczynam za 40 dni, po drodze jeszcze kilka mniejszych wypadów, co nie zmienia faktu, że ten rok to czas na fundamentalne zastanowienie się nad wszystkim.

  • Emiwdrodze

    Trochę się zgadzam (bo po dwóch latach podróży jednak zachciało mi się osiąść w jednym miejscu), ale trochę nie – bo o ile stabilizacja na pewnym etapie życia dobra jest, to do rutyny, czyli wstawania codziennie o tej samej porze i pracy biur(k)owej za żadne skarby bym nie wróciła!
    To, że życie w drodze jest bardziej stresujące to wiadomka – codzienne wychodzenie ze swojej strefy komfortu, spanie i przemieszczanie się w nie zawsze akceptowalnych warunkach, ciągłe liczenie, na ile jeszcze miesięcy w podróży możemy sobie pozwolić i myślenie o tym, co będzie już „po”. Zostanie w domu na wygodnym etacie jest najłatwiejsze!
    Teraz możesz sobie takie teksty pisać, bo już ze swojej długiej podróży wróciłaś, ale tym, którzy jeszcze nigdy na nic takiego się nie odważyli, jednak polecam – zdziwić się można, jakie pokłady odwagi i samodzielności się w takiej podróży w sobie odkrywa 🙂 Ja drugi raz bym na tak długo nie wyjechała, ale cieszę się, że kiedyś to zrobiłam! Choć raz w życiu pracę dobrze rzucić i świata zasmakować, żeby mieć potem co wspominać i bardziej doceniać swoje codzienne życie.

    • Właśnie na to chciałam zwrócić uwagę: że jechać trzeba, kiedy nie ma się pieniędzy, że trzeba przeżyć wszystko, żeby potem nie narzekać na błoto śniegowe i kanarów w metrze. Bo potem takie rzeczy bawią, przynajmniej ja teraz tak się czuję. I to jest wspaniałe uczucie.

  • Amen! Napisałaś to o czym mówię od dawna. Nie każdy musi wszystko rzucić i wyjechać, nie jest to jedyna recepta na udane życie. Można być szczęśliwym, wyjeżdżając na chwilę, dłuższą lub krótszą, wracając do SWOJEGO miejsca, gdzie jest wszystko tak jak lubisz, łącznie z kolorem ścian i kubkie, oraz gdzie czeka na Ciebie kot i Twoje własne łóżko. Oraz oczywiście stolik IKEA (aczkolwiek po remoncie jeszcze go nie nabyliśmy). Cheers – i spotkajmy się na kawie w Warszawie albo u nas 🙂

  • Amen, Wiola! Nie każdy ma w sobie tyle mądrości, żeby do takich wniosków dojść. A potem człowiek sfrustrowany, że ciągle to życie nie jest takie jak być powinno. Grunt to znaleźć coś co Tobie odpowiada, a stabilizacja naprawdę jest fajna! A jak można połączyć i stabilizację i podróże (jak ja ;)) to już w ogóle idealnie, ma się najlepsze z dwóch światów! wkurza mnie bardzo ten mit, że tylko rzucając pracę możesz być spełnionym w podróży. no, kurde, nie! Ale czuje sie jak odludek mówiąc, że najwazniejsze to dobrze dobrane proporcje 🙂 dobrze, że nie jestem sama 🙂

  • Podoba mi się ten tekst, bo pokazuje zupełnie inny sposób myślenia niż jest teraz na czasie i fajnie, że to napisałaś. Jesteśmy różni i możemy tak kierować naszym życiem, jak nam się podoba, a nie jak mówią inni, że powinniśmy robić. Osobiście bardzo zgadzam się z @@kroliczekdoswiadczalny:disqus Chciałabym zjeść ciastko i mieć ciastko, chociaż student ze mnie jeszcze. 😀

    • Super, cieszę się, że doceniasz ten tekst. Zadziwiające, ile osób się pod nim podpisało, aż nie spodziewałam się, kiedy go publikowałam.

  • Bardzo ciekawy artykuł! Faktycznie w dzisiejszych czasach próbuje się wmawiać wszędzie i wszystkim, że najlepiej rzucić całe swoje dotychczasowe życie i wyruszyć w podróż, a utrzymywać się np. z pisania bloga. Oczywiście, że można to zrobić! Niestety tylko garstka zdaje sobie sprawę z tego, że jest to niesamowicie męcząca przyjemność. Brak stabilizacji, swojego bezpiecznego kąta, w którym można się zaszyć, często samotność i przypadkowo poznani ludzie po pewnym czasie zaczynają bardzo dokuczać 🙁 Też nam się kiedyś wydawało, że ciągłe życie w podróży musi być super i cool. Pragnęliśmy takiego życia. Teraz już wiemy, że nie do końca nadajemy się do życia w ciągłej tułaczce. Podróżnicze doświadczenie uświadomiło nam kilkakrotnie, że ciągłe życie w podróży na dłuższą metę jest dla nas męczące. Nie chcemy rzucać wszystkiego i wyjeżdżać w kilkuletnią podróż. Szkoda by nam było opuszczać na stałe nasze codzienne życie, naszych przyjaciół, małe mieszkanko czy Ikeowski stoliczek lack 🙂 kupiony 5 lat temu za 15 zł 🙂 Wolimy marzyć o kolejnych wyprawach, stopniowo je planować i wyjeżdżać na nie kiedy tylko czas nam na to pozwoli, a potem wracać z uśmiechem na twarzy „do siebie”. Pozdrawiamy!

  • Olga Witczak

    Właśnie to mi się ostatnio kołacze po głowie. Lepiej bym tego nie ujęła. Nie jestem jeszcze aż na TAKIM etapie, żeby brać kredyt po to by być ” na swoim” ale bardzo mi brakuje ulubionego kubka, właśnie swojej własnej POŚCIELI, z Zary czy z Lidla wszystko jedno, bo obecnie spię pod kocem (moim własnym osobistym, ale pościel to pościel), białych koszul też mi brakuje i mojej kolekcji szpilek, prostownicy i suszarki (bo to dużo waży, a bagaż ograniczony) i też chcialabym mieć pojemnik na cukier, chociaż nie słodzę. I żyję tak na walizkach już 2 lata ponad z małymi przerwami i niby mi dobrze i są momenty, że za nic nie chcę wracać do Polski bo to niebo, bo szum oceanu, bo to to co kocham, bo mi tu tak dobrze że chce mi się życ i wstawać rano i podejmować nowe wyzwania i ciągle się uczyć, robić nowe szalone rzeczy, o których jakby mi ktoś powiedział rok, 2 lata temu to bym mu popukała do głowy, a teraz patrze w lustro i mówie: TAK, uda cie się ! I odkąd nie mam do czynienia z polskm hejterstwem, życie stalo się piękniejsze.

    Poprzez podróże nabiera się pokory, dużo się uczy, nabiera mnóstwo dystansu do świata i do siebie samego, zaczełam dostrzegać ograniczenia które miałam wcześniej ja, wtedy kiedy tylko marzyłąm o tym, żeby się ruszyć z tego okropnego Krakowa, i które mają ludzie kórzy się z nego nie ruszyli do tej pory. Także TAK ! Trzeba się ruszyć, trzeba pojeździć, trzeba pić Porto do 5 rano na plaży, trzeba zmoknąć w deszczu nie wiedząc dokąd pójść takim mokrym, trzeba spać na couch’u bo to świetne wspomnienia, ale bardzo niewygodne i męczy. Fajnie ulepić te pierogi w zamian za gościne i czasem wysłać do domu pocztówkę, no i kupić kolejny magnes na lodówkę której się nie ma (jak dobrze, ze można to wszystko zostawić w rodzinnym domu)

    Marzy mi się Ameryka Południowa, ale boję się, że zanim uda mi się tam dotrzeć to wybiorę świeżą pościel, kubek kawy i ramkę ze zdjęciem na półce. Mam nadzieję, że tak się nie stanie.

    A przynajmniej jeszcze nie teraz, chociaż zaczynam dostrzegać już objawy potrzeby stabilizacji, jakiejkolwiek, tak żeby wiedzieć, że TU będzie mój dom już na zawsze.

    Póki co jestem na Kanarach i chcę, żeby TU był mój dom przynajmniej do momentu, do kiedy nie zmienię zdania. I tak, w marcu kupię pościel w Lidlu. Albo w Zarze, a co.

    • Dziękuję za komentarz, jest tak długi, że mógłby być osobnym wpisem. Czytałam i czytałam, i próbowałam zgadnąć gdzie mieszkasz, a tu dopiero na końcu, ach tak, Kanary!

  • Ja w zeszłym roku byłam: w Vermoncie na nartach, na Cape Cod, w Utah, Arizonie i Nevadzie, na Kostaryce i w Bostonie oraz przyleciałam na 1,5 tygodnia do Polski. Mieszkam w USA, pracuję na etacie w korpo. Wszystko można pogodzić. Podróże są super, ale fajnie jest też, gdy można o podróżach powspominać siedząc na kanapie w zaciszu swojego domu.

    PS. Chciałam też dodać, że mam jedynie 20 dni urlopu w roku i dużo mniej długich weekendów niż w Polsce. To tak, żeby podkreślić, że nie trzeba zarywać pracy na rzecz regularnego podróżowania.

  • sink.zodiac

    Dzięki za wpis!

  • Sabina z Dreamer’s World

    Podoba mi się po podejście z innej strony ! I chociaż teraz jestem na etapie: tak chce podróżować, tak chce się błąkać po świecie, poznawać kultury i smakować innych potraf. Ale często nachodzi mnie ochota, żeby wrócić do swojego ciepłego kącika, do fotela z kocykiem, dobrą książką i ciepłym kakao. Czasami brakuje mi tego stabilnego trybu życia, w których mogę zapisać się na regularne zajęcia z tańca albo nauki języka obcego. Brakuje mi też chwil gdy mogę przechadzać się po ulicy w swojej zwiewnej sukience i obcasach z ciągnącym się za mną zapachem perfum ! Ale wiem, że do tego wszystkiego kiedyś wrócę! A w kilkumiesięczną podróż na inny kontynent będzie ciężej wybrać się za kilka lat niż teraz. Natomiast doskonale rozumiem rzeczy o których mowa w poście powyżej. Pozdrawiam !

  • Piątka ci za ten artykuł! Mi aż się niedobrze robi od tych motywujących wpisów na temat tego jak to możesz sprzedać samochód, lodówkę, w ogóle całe mieszkanie i wyruszyć w podróż życia: bądź obywatelem świata! Zarabiaj na reklamowaniu byle czego na swoim blogu i bądź wolny. Ludzie myślą, że wolność to wypożyczenie jeepa i jeżdżenie po dżungli.. Ja co najmniej raz w roku (w 2015 dwa razy) od chyba 5 lat jeżdżę sobie na 3 tygodniowe wakacje koniec grudnia/poczatek stycznia. Po około dwóch tygodniach w tropikach mam już dość tego, że wszystkie moje ubrania są wilgotne i za cholerę nie wyschną nawet jak będą wisieć 2 dni.. a nawet jak już wyschną to po włożeniu ich do plecaka na drugi dzień znów wyjmę wymiętolone i wilgotne bluzki.. no i ten ręcznik! Na włosy nie działa już żadna odżywka, a na nosie mam biały ślad po okularach które kurde muszę nosić! Poza tym po wyjściu na dwór w ciągu 30 minut wszystko robi się mokre i klejące… Co prawda jak nadchodzi dzień wyjazdu to chciałoby się zostać jeszcze kilka dni, ale powroty też są super 🙂 tak jak np. wczoraj wylądowaliśmy w Toronto po podroży w Ameryce Centralnej i Meksyku – w nocy, a Toronto takie wielkie miasto, że autobusy w nocy prawie w ogole nie jeżdżą.. no i musieliśmy maszerować 1,5km na pieszo do domu – Zmiana z 35 stopni na jakieś -15 zaskutkowała u mnie w odmrożeniu nosa i policzków… 😀 Nie wspominając już o tym jak tragicznie teraz wygląda moja skóra na nogach. Ale herbatka z cytryną i miodem i w końcu espresso (bo kawę w tamtych rejonach parzą w takiej skarpecie) mi to wszystko wynagrodzi. No i narty niedługo! Także ja kocham wakacje, ale kocham też wracać do domu i cieszyć się na swoją własną miękką pościel i ręczniki 🙂

    Pozdrawiam, Ania.
    http://pandaoverseas.com/

    • No to teraz do następnego grudnia! Nie znam nikogo, kto mieszka w Toronto, ciekawe jak tam się żyje.

      • no to zapraszam do siebie od czasu do czasu 🙂 staram sie to troche przyblizyc ludziom, takze jestem otwarta na sugestie 🙂

  • Podróżować mogę dwa razy w roku, poza tym cenię sobie swoją codzienność, przewidywalność wypłaty oraz czas wolny, w którym mogę robić co mi się żywnie podoba, nie musząc martwić się czy starczy mi na czynsz jak nie podpiszę kampanii. Blogowanie traktuję hobbystycznie, bo się da. Mieszkałam wiele lat za granicą i nawet to mnie zmęczyło, chciałam do siebie, do źródła. Wybrałam być zamiast mieć. Teraz mam kąt ciasny ale własny. Mam jednak przewrotną duszę, która co jakiś czas dusi się w tym samym sosie, więc nie wykluczam opcji ponownej emigracji w celach nie zarobkowych, a doświadczalnych. Bardzo fajny temat poruszyłaś. Pozdrawiam

  • Czasem myślę, że bym chciała spakować plecak i wyjechać na pół roku, byle gdzie, byle daleko i byle palmy były. Ale tylko czasem. Później przypomina mi się, że wyjechać mogę na krócej, planując kolejny wyjazd siedząc w pracy i mając względną stabilizację. Tak względną, bo wiadomo jak z tą pracą dzisiaj jest 🙂 I lubię jeszcze codziennie rano siadać przy kawie lub herbacie z kubkiem w dłoni, który przywiozłam z różnych podróży. I wtedy jest miło i przyjemnie i są wspomnienia do których chce się wracać. Prawda jest taka, że zawsze chcemy czegoś innego niż to co obecnie mamy. Świetnie napisany tekst! Pozdrawiam 🙂

  • Jeszcze niedawno byłam po drugiej stronie barykady. Chciałam podróżować cały rok, żeby później wyjechać na 2 lata do Szwecji na studia. Uważałam to za super pomysł, ile przygód, ile znajomości, ile będę o tym pisać ! A później w ciągu miesiąca/ dwóch wszystko się zmieniło. Uświadomiłam sobie, że miesiąc podróży to maksymalny czas, kiedy sprawia mi ona jeszcze przyjemność, że Erasmus w Holandii już się nie powtórzy, a 2 lata w obcym kraju i limitowany plan nie jest tym czego chce. Wierzę, że są ludzie którzy są szczęśliwi w ciągłej drodze, chociaż coraz częściej odnoszę wrażenie, że przed czymś uciekają. Czy ogromna radość po powrocie do domu, po super podróży nie jest najlepszym dowodem na to, że jesteśmy szczęśliwi ? Ostatnio myślę o tym, jakby dekorowała (oczywiście w akcenty podróżnicze) swój własny kąt, kilka miesięcy temu stukałabym się w głowę na podobne sugestie 😉

    Super tekst 🙂

    • Ja też jaram się kupowanie ramek na zdjęcia z podróży:) ale wiesz co? Wciąż trzymam tylko tyle ubrań, żeby w razie czego można było je szybko spakować i gdzieś wyjechać:p

      • bo podróże zmieniają Ci priorytety na zawsze, a to czy jest się na etacie i rzadziej wyjeżdża w gruncie rzeczy nic nie znaczy 😉

  • Bardzo zabawna historia, bo po tytule od razu próbuję zgadnąć, o czym będzie tekst… I byłam pewna, że tytuł jest ironią! A nie realnym pomysłem 😉
    Moi znajomi się dziwią, jak można ciągle wyjeżdżać, po co, marnuję życie! Marnuję swoje wykształcenie, dyplom, taka dobra uczennica!
    Kurde. Mnie nie interesuje etat, nie w Polsce, nie w ciągu najbliższych kilku lat…
    Cieszę się, że znalazłaś swoje miejsce i Czujesz satysfakcję! Bardzo intrygujące podejście 😀 muszę się wczytać, bo jestem tu 1 raz 🙂

  • Hahaha, w punkt! Wiele o tym myślałam, ale jakoś głupio mi było pisać o tym jak po podroży dookoła świata fajnie jest budzić się codziennie w moim łóżku i zamiast ledwo żywa taszczyć pod górę plecak, w jakiś deszczowy dzień w Himalajach, po prostu iść do pracy. Doskonale to ujęłaś! 😀

  • Jestem właśnie na półmetku mojego półrocznego pobytu w Indonezji, parę lat temu była Kambodża (5 miesięcy). To trochę co innego niż backpackerskie bycie w ciągłej drodze, ale też potrafi zmęczyć. Mam tu wprawdzie swoje łóżko, do którego chętnie wracam, ale to jednak łóżko z założenia tymczasowe. Raz na jakiś czas porywa mnie zew podróży i nic na to nie poradzę, ale daleki jestem od idealizowania tego sposobu na życie. Pozostawanie w permanentnej tymczasowości nie jest dla każdego, nawet jeśli mu/jej się wydaje, że pod palmami wreszcie się spełni. Otóż niekoniecznie się spełni. Pod palmami nie ma wielu rzeczy, które w domu (tym prawdziwym) czynią nas szczęśliwymi. To spotkania z rodziną i przyjaciółmi, dostęp do polskich nowości wydawniczych, czy wypady do teatru. Tutaj mam tylko kino z hollywoodzką sieczką, a i rozmowy z ludźmi zazwyczaj są jakieś takie powierzchowne – bo bariera językowa, bo brak wspólnych doświadczeń itp. Konkludując – w tropikach jest fajnie i warto się o tym przekonać na własnej skórze, ale poukładane życie też ma wiele plusów i nie warto o tym zapominać.

  • Jaki mądry dojrzały tekst! Jeden z lepszych Twoich na tym blogu, moim zdaniem:) trzeba nie lada dojrzałości i mądrości, aby przed samym sobą i całym światem przyznać się do takich rzeczy i powiedzieć je na głos. I prawdą jest to, ze podróżowanie jest fajne, ale w pewnym momencie człowieka ciągnie do tej stabilizacji, tak różnie rozumianej przez każdego. A podróże? Jeśli się bardzo czegoś chce, to nawet będąc ustabilizowanym i pracując na etacie, można śmiało podróżować do wymarzonych miejsc. Ale to podróżowanie tez jest już dużo bardziej świadome, a nie przypadkowe. Po moim Erasmusie, kiedy tak bardzo zachłysnęłam się podróżowaniem i możliwościami jakie przed nami stoją, w pewnym momencie zaczęły mi przeszkadzać powierzchowne rozmowy ze znajomymi. Bo ileż razy można rozmawiać o swoich podróżniczych podbojach? Kiedy podjęłam decyzję o miejscu w którym osiadłam, tutaj w zimnej Polsce, to skupiłam się na pogłębianiu relacji z moimi najbliższymi,z przyjaciółmi. I wiecie co? Jest super! Znamy się jak łyse konie i wiem, ze zawsze moge na nich liczyć. Wiem, ze będziemy w swoim życiu na lata, tuż obok siebie a nie tylko przez krótki okres. To dodaje siły i cieszy. Tak bardzo cieszy.

    • Bardzo dziękuję Aga za twoje słowa, komentarz od ciebie wiele dla mnie znaczy.

  • jak to? a ja naszą majową rozmowę pamietam tak:
    ja: no, pracuję za biurkiem, 7:30 – 15:30. po pracy robie co chcę i mogę podróżować.
    Ty: a ja bym tak nie mogła.

    😉
    (chyba że ten tekst jest strasznie cyniczny i tego nie odczytałam!)

  • Dziękuję ci bardzo za ten tekst, przypomniałaś mi, że lepiej jednak stąpać po ziemi…

  • Mam (chwilowo) to samo podejście co Króliczek Doświadczalny. Czyli studia na indywidualnym trybie i freelancerska praca, a czasami jak nie ma zleceń to spędzam weekend na zmywaku. Jedną trzecią zeszłego roku byłam w podróży, ale nie ciągłej, tylko na częstych krótszych wyjazdach. Czasami marzę o 6miesięcznej podróży bez żadnych ograniczeń i zobowiązań, a czasami już ten niekonkretny styl życia, który prowadzę mnie wnerwia i mam ochotę zając się szukaniem fajnej kawalerki i dobieraniem zasłon. Ale wiem, że nie mogę, bo przecież na wakacje jadę popracować w Londynie, więc nie ma sensu. Lubię lokalność swojego życia w jednym miejscu, to, że znam się ze sprzedawcami i baristami w moim mieście i znam godziny otwarcia wszystkich punktów ksero. Podróżowanie jest ekscytujące, ale sama nie wiem czy mogłabym całe życie spędzać w drodze. Lokalność, rytuały, przyjaciele tu na miejscu zaraz obok, to też ma swoje znaczenie.

  • Powiem szczerze, że mnie roczne podróżowanie w pewien sposób zmęczyło – pod koniec, już na Bałkanach, czyli tuż obok domu, odliczałem dni, aż będę miał luksus zadecydować, czy biorę prysznic teraz czy za godzinę, bo nie ma kolejki do hostelowej łazienki, albo że sobie wezmę rano, bo nie mam check-outu przecież. Że pójdę sobie do lodówki i zobaczę, na co mam ochotę, a nie pałaszował ajvar z Kosowa, który kupiłem dawno temu i głupio go wyrzucić, a poza ajvarem mam jeszcze keczup z Albanii (oczywiście tylko produkty, które się nie psują, bo nigdy nie wiem, czy będę spał w hostelu z lodówką czy pod namiotem, gdzie w nocy jest tylko trochę mniej gorąco niż w południe). W sumie jak wrzucę fotkę jedząc śniadanie w Czarnogórze pod namiotem, z podpisem: Na śniadanie czarnogórska bagietka z kosowskim ajvarem i albańskim keczupem to pewnie większości się spodoba, ale ja chciałbym wtedy walnąć się na kanapie w domu, odsłonić się żaluzjami od słońca i zjeść jakieś płatki na zimnym (!) mleku.

    Inna sprawa, że teraz, po półtora roku mniej więcej na miejscu, znowu tęsknię za tym, żeby wyjechać. Ale nie chodzi o etat czy nie-etat, ale o to, że kurczę nudno tak nie walczyć każdego dnia, a tylko wracać do domku. To strasznie wyświechtany frazes, ale bardzo prawdziwy, że w innym ogródku trawa wydaje się zawsze bardziej zielona.

  • Agg

    Podoba mi sie Twoje podejście, uwielbiam podróżować, ale zdecydowanie wole to godzić z normalna codzienna praca, a podróżami cieszyć sie w weekendy lub w urlop. A dzięki stałej pracy jak podróżuje mogę spac w lepszych warunkach, jeść droższe jedzenie i jeździć wygodniejszymi środkami podróży. Żeby podróżować nie trzeba wcale rezygnować z codziennej pracy biurowej 🙂

  • Ani przez chwilę nie pomyślałem, że w tytule może być błąd..pewnie za sprawą tego, że od niedawna własnie powyższe realizuję.. Tym samym w pełni rozumiem chęć posiadania stołu czy pojemnika na cukier, które nie będą narażone na zniszczenie przy wpychaniu do walizki lub wywózce do mamy na przechowanie.. Tekst ambitny ale i chyba bardziej przemawia do tych, którzy swoje już w życiu zjeździli..