Rio de Janeiro: pierwsze wrażenia i schody Selarona

Tak więc minął ponad tydzień odkąd przyjechałam do Rio de Janeiro. Już trochę ogarniam. Jak mówi jeden z cytatów z Facebooka: life begins when you leave your comfort zone. Europa – moja strefa komfortu została za oceanem i zrozumiałam to w momencie, w którym pierwszy raz wsiadłam do autobusu miejskiego, który jechał 100 km/h nie zatrzymując się na czerwonych światłach.

W momencie, w którym ujrzałam te przepiękne, chociaż opuszczone i zaniedbane budynki, ludzi śpiących na ulicach, strajki nauczycieli, ulicznych sprzedawców wszelkiego kiczu, ceny w supermarketach niemal tak samo wysokie jak w Danii (a i tak największy wybór jest wśród ryżu i fasoli), dwunastoletnie dziewczynki w obcisłych bluzeczkach na imprezie, czteroletnie dzieci biegające po faweli o pierwszej w nocy… Tak tu jest i takie właśnie jest to moje city maravilhosa. Nie wiem, czy mnie ktoś nie dźgnie nożem na ulicy, ale we wrześniu widziałam znicze w Krakowie i dobrze wiem, że to może się zdarzyć również w Polsce. Nie wiem czy te strajki nauczycieli nie przerodzą się w jakieś niezłe rozboje, ale przeżyłam zamieszki w Londynie w 2011 roku, kiedy płonęły stacje metra i kradziono ze sklepów chipsy i adidasy.

Schody Selarona

I tak siedzę sobie w jednej kafejce, zajadam ciasto ze skondensowanym mlekiem i piję sok za acai, na dworze jest 25 stopni, oprócz szortów i japonek nic mi do szczęścia nie potrzeba. Nic tylko opalać się (nie wiem czy to dobre włóczyć się taka blond wśród Brazylijczyków), zapisać na siłownię (Brazylijczycy nie przepuszczą mi tego brzuszka pozostałego po ruskich pierogach i bigosie z Polski), uczyć portugalskiego (Brazylijczycy mnie nie rozumieją przecież) i proszę – będzie ze mnie carioca.

Zdjęcia na dziś to schody Selarona.