Tinder w podróży? Czemu nie! A może jednak nie…

Tinder

Siedziałam pochylona nad telefonem. Czułam jak kropla potu spływała mi po kręgosłupie, ekran komputera był uśpiony, ze wspólnego pokoju dochodziły mnie urywki rozmów: So where did you go in Brazil?”, „Foz do Iguaçu, Florianopolis, Paraty and now Rio”, „Where are you going to go next? „In two days I go…”. Przekręcałam obrazki chłopców to na lewo, to na prawo. Agathe mówiła, że to świetna aplikacja. Kiedy twoją najlepszą przyjaciółką w Brazylii jest Francuzka, bądź pewna, że zostaniesz wpakowana w jakiś szatański pomysł.

Ktoś wszedł do recepcji, powiedział, że ma rezerwację. Zrobiłam skan paszportu i powróciłam do mojego zajęcia. Fota przystojniaka, którego dopiero co zameldowałam w naszym hostelu mignęła na wyświetlaczu mojego telefonu. Zaczęło się.

Minęło kilka tygodni oraz 1600 kilometrów, zanim naprawdę udało mi się spotkać z kimś poznanym przez Tinder. Zupełnie nie tak, jak przewidywała Agathe. Po pierwsze nie umiałam dobrze mówić po portugalsku, po drugie byłam sceptyczna co do tej aplikacji. Z João, dzięki któremu zobaczyłam Salvador w nieturystycznej postaci, do dziś rozmawiam na Skype i WhatsApp. Minęły dwa lata, jego angielski się nie poprawił, mój portugalski przeszedł rewolucję. Można powiedzieć, że nauczyłam się dla niego. Gdybyście tylko mogli go zobaczyć, zrozumielibyście dlaczego.

Przez dwa lata Tinder był dla mnie sposobem na poznawanie nowych ludzi. Jeśli gdzieś mi się poszczęściło to spoko, ale głównie byłam wdzięczna za to, że nie jadłam sama pastel de Belem, że ktoś za mnie wybrał butelkę wina w tawernie w Rzymie, że nie musiałam szukać na kartkach Lonely Planet gdzie w Budapeszcie znajduje się Szimpla. Jak to się stało, że nie trafiłam na żadnego psychopatę i nigdy nie wpakowałam się w żadne tarapaty? Nie wiem. Myślę, że zawsze miałam dobrą intuicję oraz szczęście.

Underneath and unexplored
Islands and cities I have looked
Here I saw
Something I couldn’t overlook

I am yours now
So now I don’t ever have to leave
I’ve been found out
So now I’ll never explore

The XX, Islands

Kirsten miała rezerwację na moją kanapę znajdującą się w obszernym mieszkaniu na Østerbro w Kopenhadze. Był czerwiec 2014 i zaakceptowałam jej request na Couchsurfingu właśnie w przeddzień mundialowego meczu Brazylia-Niemcy. Zanim na rowerach pojechałyśmy obejrzeć wydarzenie na telebimach ustawionych w Kongens Have, Kirsten usiadła na stołku w mojej białej kuchni i odpaliła Tindera. „Co my tu mamy?”, powiedziała. „Zawsze, kiedy odwiedzam jakieś nowe miasto, szukam sobie kogoś na Tinderze”, tłumaczyła mi pisząc „hi!” do jakiegoś blondyna.

Jesienią patrzyłam na Warszawę i zastanawiałam się, czy mogłabym się tu przeprowadzić. Na przystanku Metro Wilanowska czekałam na mojego znajomego z Brazylii. Po czterech dniach w Polsce, mieliśmy razem wyruszyć w Europę. Trochę tu, trochę tam. Autostop, spanie w hostelach. Budapeszt, Praga, Rzym, a jeśli zechcemy to nawet Rumunia. Plan się nie powiódł. Po pierwszym wspólnym obiedzie powiedział mi, że ze mną to wszystko, że pojedziemy razem, ale w międzyczasie on chce poznawać dziewczyny przez Tinder. To miałoby wzbogacić jego doświadczenia. Wygodna i szybka konsumpcja wrażeń.

Sama również zabrałam się za tą aplikację stwierdzając, że trudno, niech tak będzie. Nigdy niczego nie oczekiwałam od moich randek. Mówiłam, że nie jestem stąd, że robię to i tamto, że szukam kogoś, żeby spędzić wspólnie czas. Robiłam to wiele razy na Couchsurfingu, teraz było to po prostu szybsze: mogłam używać telefonu i kontaktować się z wybranymi osobami. Fajnie jest kogoś poznać w podróży. Niektórzy nawet mówią, że ludzie to cały sens podróżowania. Cóż, że od teraz byli to tylko mężczyźni?

Nie pamiętam jakiś szczególnie cudownych randek. Zresztą, trudno to było nazwać randkami. W plecaku nie miałam sukienek ani tuszy do rzęs. Pamiętam kilka miłych momentów, fajnych rozmów. Wiele osób, po prostu chciało zrobić coś innego niż na co dzień, odwiedzić znajome miejsca z kimś obcym. A nawet jeśli kłamali, nawet jeśli powiecie, że jestem naiwna i romantyczna, to cóż… macie rację, jestem naiwna i romantyczna.

 And if you’re in love, then you are the lucky one,
‚Cause most of us are bitter over someone.
Setting fire to our insides for fun,
To distract our hearts from ever missing them.
But I’m forever missing him.”

Daughter, Youth 

Wszystko zmieniło się, kiedy przeprowadziłam się do Warszawy. Właściwie już zauważyłam niepokojący trend w Aveiro, ale jeszcze wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Sytuacja odwróciła się i teraz to ja byłam ziemią wokół krążących planet, dziewczyną mieszkająca w Warszawie, pracującą od 9 do 17 i cieszącą się z codziennego życia. To inni przyjeżdżali do mojego miasta.

„I just came to Warsaw for business trip, let’s meet and have fuuuun”

„Will you come to my hotel? I stay at Campanile”

„I come to Warsaw on Friday, can I stay at your place? In this way we can get to know each other better. Oww, will you send me more pictures of you?”

Print screen pochodzi z fan Page Shit people say to Joanna. Dostają mnóstwo podobnych tekstów, szkoda, że nie wpadałm na to, żeby je zachować.
Print screen pochodzi z fan Page Shit people say to Joanna. Dostają mnóstwo podobnych tekstów, szkoda, że nie wpadałm na to, żeby je zachować.

To były zdania otwierające każdą konwersację. Myślałam, że jestem jedyną zdezorientowaną dziewczyną z niedowierzaniem patrzącą na wyświetlacz mojego telefonu, który w nieromantyczny sposób mrugał do mnie tekstem: Masz wiadomość! A jednak, kiedy robiłam research do tego artykułu trafiłam na fanpage Shit people say to Joanna. Czego ci meżczyźni tej Joannie nie piszą! Sam shit. Mam wiele podobnych print screenów, mogłabym jej podsyłać.

Potem trafiłam na Lauren i jej Not Bad Dates Just Good Stories, która viralowo wylądowała na pierwszych stronach internetu ze swoją historią, w której mężczyzna poznany przez Tinder zażądał od niej zwrotu pieniędzy za kawę (5 funtów), kiedy nie chciała umówić się na kolejną randkę. Dziewczyna dostała nawet sms z numerem konta, na które powinna przelać zwrot pieniędzy za nietrafioną inwestycję.

Not bad dates just good stories
Print screen pochodzi z bloga Not bad dates just good stories

Lauren jest fajna, lubię jej Tumblra. Zatrzymałam się refleksyjnie na tekście o tym, jak kobiety próbują dopasować się do nieustannej żądzy mężczyzn (jej, żądzy, ale to zabrzmiało, zupełnie jak ze „Świata według Garpa”), bo wiedzą, że bardzo szybko mogą zostać wymienione, bardzo szybko ktoś może z nich zrezygnować. Jesteśmy generacją, w której ciężko znaleźć kogoś, kto będzie traktował cię jako priorytet, a nie jako opcję. Tinder jest pełen przelotnych twarzy, które znikają z twojego ekranu nawet, jeśli wydawało ci się, że coś  zaczyna się dziać.

Po co mam odpisywać, ulotnie się jak duch, w ten sposób dam jej do zrozumienia, że już się nie przyjaźnimy i uniknę poczucia winy. Przecież nie będzie mnie szukać na  Twiterze! Haha, jaki ze mnie żartowniś! Specjalnie piszę tylko z perspektywy mężczyzny, bo kilka razy próbowałam się ulotnić i sprawiedliwość mnie dopadła: w Lizbonie natknęłam się na chłopaka, z którym umawiałam się w Kopenhadze. Nie pytajcie mnie jak to się stało. Od tamtego momentu mówię prawdę: nie pasujemy do siebie, oddam ci za kawę, jeśli chcesz.

Moim ulubionym tekstem, do którego zawsze lubię wracać jest Bukowski: „Jak możesz twierdzić, że kochasz jednego człowieka, skoro na świecie jest dziesięć tysięcy ludzi, których kochałabyś bardziej, gdybyś ich kiedyś poznała? Ale nigdy ich nie poznasz.” A właśnie, że z Tinderem możesz poznać. Możesz pojechać tu i tam, poznawać ludzi blond i ludzi ze skośnymi oczami. Możesz dowolnie dobierać ich do swoich preferencji. Ale czy czasem nie jest tak, że dobija nas złudzenie i przekleństwo wyboru? Odpisywanie komuś pochłania dużo energii (jeszcze więcej, jeśli ma się starego iPhona, w którym aplikacje zacinają się i wyłączają). Próby umówienia się na kawę to męczący i rozpraszający proces, chociaż wszystko dzieje się szybko. Szukamy natychmiastowej przyjemności, nie dajemy sobie czasu na poznanie się. Rozmawiamy z profilami, sypiamy z profilami, a potem zastępujemy je innymi profilami. I tak w kółko.

tinder
Obrazek pochodzi z konta Twitter: @Karol_Lius

Czasem zastanwiam się co siedzi w głowie takiego faceta. Co on sobie myśli, kiedy wysyła te swoje wiadomości? Dziwi mnie taka roszczeniowość: kiedyś jeden chłopak zapytał mnie czy już idziemy do mojego mieszkania zaraz po tym, jak skończył jeść zupę ogórkową w barze Prasowy, do którego zabrałam go, żeby spróbował polskiej kuchni. Niecierpiwość! Nie jesteśmy przyzwyczajeni, żeby czekać. Wszystko mamy na już i na teraz.

Poruszanie się po Tinderze jest jak poruszanie się po Stambule w krótkiej mini. A przecież jesteśmy w Europie i jesteśmy oswojeni z ciałem. Czy może jednak nie? Śmieję, kiedy zadają mi to pytanie: „A więc, czego szukasz na Tinderze?” (zawsze to zrobią, prędzej czy później). Bawiłam się w testy i czasem odpowiadałam: przygody na jedną noc, a czasem: chcę się zakochać.

Przestawali się odzwywać w obu przypdakach.

Telefon wibrował na moim biurku. Rozpraszał mnie leżąc obok materiałów do informacji prasowych, raportów i prezentacji. Odinstalowałam aplikację z czerwonym płomyczkiem. Skończyło się.

Tinder

Napisałam ten tekst z własnej, kobiecej perspektywy. Słyszałam o przypadkach, w których mężczyźni dostają wiadomości z ustalonymi stawkami, prośbami o doładowanie telefonu. Ale to nie jest moim problemem. Jeśli poznałaś przez Tinder kogoś ciekawego, z kim wciąż jesteś w dobrej relacji, napisz. Pozwól mi uwierzyć, że jest to możliwe.
  • Magdalena Ch

    Hej! Bardzo polecam w kontekście Twojego wpisu, tekst „Czy miłość jest sztuką”. E.Fromm.
    Tutaj
    https://app.box.com/shared/fihjcg5jsl

    • „Cała nasza kultura opiera sięna żądzy kupna, na idei wymiany korzystnej dla obu stron. Szczęście współczesnego człowieka to ów dreszczyk, jakiego doznaje oglądając wystawy sklepowe i nabywając to wszystko, na co może sobie pozwolićkupując za gotówkęlub na raty. On (lub ona) w podobny sposób patrząna ludzi.”

      Yhmmm…

      • Magdalena Ch

        tak! świetny fragment

  • Ostatnio z ciekawości odpaliłam Tindera, żeby zobaczyć o co właściwie w tym wszystkim chodzi. No może nie jestem dobrym przykładem, bo mam męża i motywacją była jedynie ciekawość, ale po pół godzinie zabawy, w której zostałam zasypana kilkunastoma wiadomościami z pytaniem o seks i zdaniami zaczynającymi się w stylu „wiem czego tu szukasz…” lekko przerażona usunęłam aplikację. I pomyślałam, że świat jest dziwny.
    P.S. Mignełaś mi na Tour-Salonie 😉

  • ka

    zawsze powtarzam, że założę tindera jak już zabraknie mi facetów, których poznaję na co dzień. ta perspektywa sprawia, że delikatnie się uśmiecham na myśl o tym, że w ten sposób opracowałam sobie koło, które zawsze będzie się kręcić ;-). pewnie dlatego, że JESZCZE NIE WIEM. tego wszystkiego, co wiesz już ty. ale – koniec końców – ja patrzę na to właśnie z perspektywy „no bad dates, just good stories”, i dlatego spróbuję każdego doświadczenia.

    ps. jeszcze jedna dobra rzecz na ten temat, obok „shit people say to joanna” i „no bad dates, just good stories” (swoją drogą aż kipię z zazdrości o tą ostatnią nazwę. i mam ochotę wyruszyć w podróż, nawet do końca życia, w poszukiwaniu odpowiedzi na to jakże fundamentalne dla mnie pytanie, czemu to nie ja na nią wpadłam, gdy zakładałam swojego bloga?!): http://mediumpubliczne.pl/2015/10/milosc-w-czasach-tindera/ .

    • Ach, pamiętam ten tekst! Zapomniałam wspomnieć o tych, co używają opcji „paszport”, a tych najbardziej nie cierpię. Kiedyś otrzymałam w odpowiedzi soczyste fuck you, kiedy powiedziałam, że szukam osób z Warszawy i nie interesują mnie ludzie oddaleni 1500 kilometrów stąd.

  • a ja jestem dinozaurem bez smartfona. nie ma Tindera, nie ma Instagrama i FB messangera. żyję! a tak w ogóle, to obiecałam sobie, że nigdy nie zarejestruję się na żadnym portalu randkowym. i mam nadzieję, że tak zostanie.

  • Sama nie korzystałam nigdy z Tindera, ale ostatnio czytałam u Blimsien o fajnym doświadczeniu z tą apką, o tutaj:

    http://blimsien.com/sciezka-serca/

  • Miałam to samo: ściągnęłam, poużywałam i usunęłam. Dla mnie wciągające było samo to wybieranie i znam ludzi nawet w związkach, którzy grają w to jak w grę, bez zamiaru spotykania się z kimkolwiek. Całkiem przydatne było to na Islandii, bo ćwiczyłam język, ale po powrocie do Polski dostawałam tylko wiadomości „wpadnij do mnie” od kolesi, z którymi rozmawiałam pięć minut i mi się znudziła cała zabawa. No bo co to za gra, w której nie trzeba się postarać o nagrodę? 😉

  • chyba jestem jakaś starodawna, bo Tindera nigdy nie miałam. 😉 ale mogę się tylko domyślać, że mocny skręt w szybką, krótką i natychmiastową przyjemność/korzyść można zaobserwować nie tylko na tinderze, ale też np. na Couchsurfingu. Jakimś dziwnym cudem, cztery, pięć lat temu jak hostowalismy ludzi, każdy taki raz był unikatowy, ciekawy i wnosił coś w moje życie. a potem coraz więcej i więcej noclegów, bo ktoś jedzie na koncert, bo zaczyna studia i szuka mieszkania itp, itd, gdzie ani ja ani oni nic z tego nie mieliśmy (w sensie nie-finansowym oczywiście, w sensie towarzyskim). no i tak jakby też się ostatnio (może chwilowo, może foreva) z CS wymiksowałam.

    • No ja też dostaję takie śmieszne zapytania na CS, wśród nich właśnie takie, że przyjeżdżam na koncert, wyrobić paszport. W sumie nie byłoby w tym nic złego ani dziwnego, gdyby te osoby miały dużo referencji, wtedy brałabym takich, bo wiedziałabym, że mają doświadczenie. Sama też korzystałam z CS w awaryjnych sytuacjach.

  • Dawno nie czytałam tak rewelacyjnego artykułu! Sposób prowadzenia Twojej narracji jest niesamowity – nie spodziewałam
    się, że z Tindera da się wyciągnąć tak ciekawą refleksję nad specyfiką naszego pokolenia. Przekopuję obecnie Twoje archiwum, ale już teraz wiem, że na pewno często będę do Ciebie zaglądać 🙂

  • Pingback: Przegląd #luty |()

  • Wawelowe Wawelowe

    Znam przynajmniej 4 stałe pary, które poznały sie przez T. Na pewno znam więcej, tylko nie mówią. Korzystałam może przez pół roku i nigdy nie dostałam seksualnej propozycji. W przeciwieństwie do portali, na których każdy, a nie tylko wybrane osoby, może się do ciebie odezwać. Zazwyczaj z góry można sie domyslić czego ktoś szuka i wystarczy nie lajkować zdjęć bez koszulki itp.