Trzeci raz w Kopenhadze, czyli jak to było przez ostatnie 4 miesiące?

“Co tu tyle blondynów o głupim wyrazie twarzy” – pomyślałam, kiedy wysiadłam na Lufhavn Kastrup, tym razem nie na lotnisku dla polskich robotników w Malmö, ale w samej Kopenhadze. Samolot linii SAS przywiózł mnie tutaj, choć czekała mnie robota nie lepsza niż tych robotników z Wizzaira pędzących Neptunbusem przez most ze Szwecji. Znów. Ajj.

Zniknęłam. Zafundowałam sobie to 4 miesięczne zniknięcie i czas na zastanowienie się co chcę robić w życiu. O wiele łatwiej jest się zastanawiać, kiedy ma się stan konta powyżej zera, a taki mogłam sobie zapewnić tylko w Danii. Oczywiście wyjazd to Turcji zaraz po powrocie z Brazylii zrujnował mnie doszczętnie. List ze SKAT-u również. Śmierć i podatki to jedyne rzeczy pewne w życiu, dlatego jestem tutaj. Zapłacić podatki i się zastanowić. Bo chyba nie umrzeć.

Było fajnie. Nawet dosiadłam mój stary rower i wszystko było tak, jakbym należała do tego miejsca. Ale czy to miejsce mnie lubi? Rzeczy, które bawiły mnie w tamtym roku – jedzenie nocą zdobywane z supermarketowych kontenerów, czyli nasz ulubiony dumpsterdiving, mieszkanie w 6 osób (plus ludzie z Couchsurfingu i ludzie, którzy tymczasowo nie mieli się gdzie podziać) w 3 pokojowym mieszkaniu – to wszystko przestało mnie bawić.

Co tu zrobić, kiedy miało się marzenie i to marzenie się spełniło i już była Brazylia, Brazylia się spełniła i tylko podatki pozostały?

Jakie by tu inne marzenie wymyślić? co zrobić? co ja tu robię? – takie pytania sobie zadawałam, kiedy cały piękny maj jeździłam na rowerze w deszczu i wietrze, 12 kilometrów w tą i z powrotem do centrum Kopenhagi,  do tej starej roboty przy sprzątaniu kibli. Nawet jeśli dyrektor uniwersytetu w Rio de Janeiro napisał mi piękny reference letter z piecząteczką i dodał mnie do znajomych na Facebooku? Oczywiście w maju nie było mieszkania, więc siedziałam na walizce u mojej koleżanki i nienawidziłam swojego życia „Czy to jest fair?” – zastanawiałam się. Oczywiście, że jest fair, druga wojna światowa nie była fair, ale to, że w 2014 roku młodzi i ambitni ludzie pozostają bez pracy to nic to.

W czerwcu było więcej słońca, a ja zafundowałam sobie taki luksus i przeprowadziłam się na Osterbro, czyli duński Nothing Hill. Dzielnicę dla bogaczy z pięknymi kamienicami. I ja zamieszkałam w jednej z nich! W pokoju z białymi ścianami i bez firanek, tak dużym, że można by było jeździć dookoła niego na rowerze. Można  by było zmieścić w nim kilku couchsurferów, ale ja ograniczyłam się od dwóch super niesamowitych dziewczyn. Nie chciałam już dzielić swojej przestrzeni z żadnym mężczyzną, kimkolwiek by nie był: podróżnikiem, jedną nocą czy współlokatorem. Poza tym dziewczyny, które podróżują są o wiele fajniejsze.

DSCN8526
Moja pierwsza Couchsurferka Cat
20140723_081527
I druga – Nina

Pod koniec czerwca miałam już dość tej stabilizacji i musiałam wsiąść w jakiś autobus. Pojechałam do Oslo. Nowej płyty Pearl Jam słuchałam jesienią w Rio de Janeiro, kiedy jeździłam na trasie: Copacabana-Alvorada-Pechincha.

A piosenka „Sirens” zawsze będzie mi przypominać tego tureckiego chłopca, z którym chodziłam za rączkę po Copacabanie (tak wiem, świetnie sobie radziłam w Brazylii).

Dziś już nie wiemy z kim ten chłopiec chodzi za rączkę po Copacabanie, czy gdziekolwiek on tam nie chodzi. Pomyślałam, że to magiczne, że ja siedzę w Oslo i słucham sobie tej piosenki. O tym koncercie wiedziałam już jesienią i myślałam sobie: „Kto wie może wtedy będę w Kopenhadze i będzie mnie stać na bilet na koncert i bilet do Oslo?” Ledwo było mnie stać, ale udało się. Chociaż zamykałam oczy i odwracałam głowę za każdym razem, kiedy wkładałam swoją kartę płatniczą do terminala. Bo Oslo za drogie. Nigdy więcej. To już przesada.

Untitled-1
Tak wyglądałam ja w Oslo, a tak moment, kiedy Eddie Vedder śpiewa „Sirens”

Anyway. W tamtym momencie przestałam tęsknić z Rio de Janeiro i idąc za radą Willa Smitha, że czytanie i bieganie to klucz do sukcesu, największym swoim przyjacielem uczyniłam Kindle i kupiłam sportowy stanik.

Postanowiłam do końca sierpnia obiec wszystkie cztery jeziora, te w centrum Kopenhagi. Poza tym byłam już uzależniona od czekoladowych muffinek z 7Eleven. Poszłam, przebiegłam pierwsze jezioro i się porzygałam. Mimo to kontynuowałam i dziś już biegam nieźle, a moje łydki nie mieszczą się w te rurki z Zary kupione dwa lata temu. Teraz włączam sobie Endomondo nawet wtedy, kiedy jadę na rowerze do centrum handlowego: 15 kilometrów, 500 kalorii, mówi mi Endomondo, czyż to nie jest prześliczne? W tamtym momencie zaczęłam też więcej chodzić na Christianię i chyba z tego dymu o charakterystycznym zapachu powstał ten tekst.

Untitled-2
Neony na zdjęciu po prawej – tak wyglądała Kopenhaga, kiedy biegałam nocą. Zdjęcie po lewej – ja już w krótkich włosach, ostatnio ścięłam się na chłopaka

W sierpniu wreszcie poczułam się dobrze sama ze sobą. Uczyłam się portugalskiego, marzyłam o własnym psie i biegałam.

Mój chłopak nazywał się Mohammad (tak wiem, w Kopenhadze też dobrze sobie radziłam) i to był najlepszy mój miesiąc.

Wciąż nie dostałam wymarzonej pracy w agencji public relations, łatwiej już było dostać się na staż w Londynie, niż dostąpić zaszczytu mieszkania w Warszawie za 1000 zł. Swoją drogą to serio, wynajem pokoju kosztuje 85% pensji w Polsce? Bo u nas w Danii jest to 30% I tu znów wracamy do starego dylematu: should I stay or should I go? Powrót do Ojczyzny oznacza, że musiałabym na niego zapracować rękami i przypłacić paznokciami rozdwajającymi się z powodu płynów do mycia wanny, a wszystko to na wynajem pokoju i wybory pomiędzy najtańszymi jogurtami w Biedronce. Should I stay. Ale to też będzie tak, że wreszcie będę rozumiała wszystkie reklamy na bilbordach i wynosiła plotki z autobusów MPK. Żyła otoczona językiem, który rozumiem, to nic że problemami, ale ludźmi, którzy te problemy rozumieją, a nie tymi blondynami z idiotycznym wyrazem twarzy. Should I… go?

IMG_3291
To zdjęcie przedstawia każdą piątkową rzeczywistość tego lata.

Noce spędzone z moim najlepszym przyjacielem Kindle, te noce z książkami Orhana Pamuka doprowadziły do tego, że dziś, uwaga, jestem w Berlinie, a jutro, uwaga, mam samolot do Stambułu. Tak się porobiło!

DSCN8553
Już na dworcu w Berlinie. Bo najbardziej lubię podróżować.

  • Piotrek

    Kurcze… Wpadam na Twojego bloga co jakiś czas i bardzo się cieszę, że w końcu coś się pojawiło. Ale mam taki niedosyt! Proszę o więcej. 🙂

  • Ania

    Pani Wiolu
    Dziękuje za możliwość skorzystania z pani bloga dzięki któremu dowiedziałam sie wielu praktycznych rzeczy o Danii. Dzięki pani , ja mogłam w większym stopniu pomóc innej młodej osobie w załatwieniu rożnych praktycznych spraw pobytowych , zawodowych w Kopenhadze. Mimo wielu lat spędzonych w Danii, jestem pełna podziwu dla pani. Pani przeciebiorczosc, inicjatywa i otwartość na świat budzi u mnie ogromny szacunek i sympatie.
    Pozdrawiam Ania