Wielki zwrot akcji: Salvador, Bahia!

Zasiedziałam się w tym Rio de Janeiro. To miasto jakby wyczerpało dla mnie swoje możliwości. Cidade Maravilhosa wyczerpało się dla mnie! Zawirowania związane z pracą w Mellow Yellow, rosnące Revelionowe, karnawałowe i World Cupowe ceny, które uprzykrzały codzienne życie (9R$ za acai???) spowodowały, że zdecydowałam, że czas na ewakuację.

Pojechałam na Rodoviarię i kupiłam ostatnią wolną miejscówkę do Salvadoru. Całe 30 godzin spałam albo patrzyłam w okno i otulałam się śpiworem, przeklinając brazylijskie uwielbienie do klimatyzacji. Przez 30 godzin patrzyłam na raczej górzysty krajobraz myśląc jak wąskie były moje horyzonty, kiedy zachwycałam się Tatrami. Chociaż… tęsknię za polami pszenicy. Zbóż tu nie ma, co tłumaczy fakt, że od 3 miesięcy nie jadłam chleba, a do zestawu okropnych brazylijskich piw, Skol, Brahmy i Itaipavy w Salvadorze dochodzi (sądząc po sklepowych witrynach, parasolkach i plastikowych krzesłach) nowe piwo o nazwie Shin.

DSCN7470
ten widok to pocztówka z Salvadoru

Uwielbiam ten moment, kiedy wysiadam na stacji w nowym mieście i myślę sobie: „No, dobra, no to ogarnijmy sprawę”.

Lubię zaczynać wszystko od początku. Na początek mały zonk, bo google maps nie obsługuje tutejszej komunikacji miejskiej, która jak wiadomo w Brazylii i tak jeździ sobie jak chce. Bez żadnego rozkładu i przystanków. Więc biorę taksówkę. Taksówkarz nie wie gdzie jest ulica z moim hostelem, muszę sama pokazać mu na google maps. Witamy w jeszcze bardziej uśmiechniętym i wyluzowanym mieście Brazylii – Salvadorze! Tutaj słońce zachodzi o 18.00, ludzie są czarni i chcą na każdym kroku wyznawać miłość blondynce z Polski. Mieszkam w samym centrum historycznym, śmieję się, kiedy chodzę moją ulicą, pełną starych i walących się budynków, pousad, małych kafejek (a to ciekawe, mamy tutaj małe europejskie kafejki, koniec z Big Bibi & sucos i salgados!), kokos kosztuje 3R$ (na Copacabanie było 5R$). Może jest tak trochę niebezpiecznie, trochę jakoś dziwnie, ale da radę.

salvador
Zarabiamy kokosy

Pelourinho

Najbardziej uczęszczanym miejscem jest Pelourinho. Gdyby nie czarnoskórzy Brazylijczycy myślałabym, że jestem w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą i czekałabym na letni festiwal filmowy. Na bramie kościoła pod wezwaniem Nosso Senhor do Bonfim przywiązujemy kolorowe wstążeczki, te same plączemy na rękach myśląc życzenie, które spełni się tylko, jeśli wstążka przetrze się ze starości i znoszenia. Od baiana kupujemy tutejszy przysmak acarajé (kotlet z bobu). We wtorki idziemy na wielką fiestę na ulicy i czekamy na inne imprezy związane z religijnymi obrzędami. Podobno jest tutaj 365 kościołów. Takich normalnych, katolickich wzniosłych budowli, których nie widziałam w Rio, gdzie Assembleia de Deus różnych przeróżnych wyznań przypominały raczej hale targowe.

PicMonkey Collage
rzeczone wstążeczki

Salvador

Kupujemy sobie koszulkę z pacyfką i nazwą zespołu Olodum, który to zagrał kiedyś w teledysku Michaela Jacksona i do tej pory gra na ulicach Salvadoru.  Jego koncert kosztuje 50 R$, jeszcze nie byłam, ale któregoś dnia trafiłyśmy na ich próbę i szczerze powiem, że dla tych bębenków nauczyłabym się tańczyć sambę. W niedzielę jedziemy na Barra na plażę, a w dzień powszedni łapiemy windę z górnej części miasta na dolną, żeby zrobić zakupy na targu rękodzieła Mercado Modelo.

PicMonkey Collage3
Olodum
salvador
Mercado Modelo

To tyle, co zaobserwowałam po kilku dniach pobytu w Salvadorze. Szalenie nie jest, dlatego coś czuję, że będę tu fotografowała każdy brudny i porzucony zakątek miasta. Czyli to, co lubię najbardziej. A tak poza tym, to jest środek stycznia, a mi jest tak gorąco…

PicMonkey Collage1

DSCN7493
Typowy stand z caiprihinią
  • Zachwycam sie kazdym Twoim zdjeciem, kazdym Twoim wpisem. Widze ogromny progress Wiola! Klaniam sie 😉

  • Aga

    ja podobnież! i już nie wiem, co fajniejsze, czy zdjęcia, czy teksty.

  • Emi

    właśnie Wiolka, zainwestowałaś w nowy aparat czy coś???
    to miasteczko wygląda bajecznie! Fajnie, że już wyjechałaś z tego Rio, o Salvadorze czytam chętniej 😉

    • Nie, mam ten sam stary aparat. Te ruiny w Salvadorze po prostu takie fotogeniczne.