Wróciłam do Kopenhagi!

Kiedy rok temu pytano mnie co robię w Kopenhadze odpowiedź była prosta: studiuję. Busienss studies na Uniwersytecie w Roskilde. „Taaa, każdy przyjeżdża do Danii robić jakiś biznes” – stwierdziła Oliwia, którą poznałam w ostatnich dniach mojego przedłużającego się pobytu tutaj (Oliwia, pewnie teraz spełniasz swoje marzenia gdzieś w Indiach, powodzenia!). I oto znów tu jestem, znów z jakimś biznesem w głowie, bo chociaż kocham to miasto, to nie sentyment sprowadza mnie tutaj z powrotem, ale rzeczywiście czysty biznes.

Czekałam i czekałam, aż agencja PR odezwie się do mnie i zaprosi na rozmowę kwalifikacyjną albo chociaż jakaś inna renomowana firma doceni moje CV i  będę mogła wreszcie rozpocząć moją karierę. Czy pragnienie dostania PŁATNEGO stażu w Polsce to rzeczywiście za dużo, czy powinnam mieć w sobie więcej pokory? Cóż, więcej niż tej pokory miałam w sobie marzeń i tak oto podczas sylwestrowego wieczoru po jednym pocałunku na Moście Karola w Pradze, zrodził się w mojej głowie plan. „I jeżeli czegoś mocno pragniesz to cały Wszechświat potajemnie sprzyja twojemu pragnieniu…”. Czytanie Paula Coelho podobno nie jest już modne, ale to zdanie dodawało mi otuchy, kiedy pakowałam malutką walizkę i ruszałam z nią na lotnisko w Katowicach.

Plan jest prosty – zarobić pieniądze. Bo nawet jeżeli chcesz jechać na wolontariat do Tajlandii albo Brazylii musisz mieć pieniądze na bilet. „Odważna jesteś” – mówili mi znajomi od lat przywiązani do swojej nisko płatnej pracy, rodzice drżeli ze strachu, a ja taka beztroska, bez żadnego planu wysiadłam na lotnisku w Malmo i wkrótce miałam znów być w tym mieście, które w tamtym roku zmieniło całe moje życie.

W kilka godzin od przyjazdu z lotniska jechałam na rowerze do klubu Karriere. Następnego dnia udało mi się zakupić swój własny rower, bardzo hipsterskiego grata za 250 DKK. Dwa dni później miałam wynajęty pokój na Amargebro i pracę przy Fashion Week w Bella Center. Wszystkim, którzy boją się swojego życia, narzekają na niskie płace w Polsce, ale boją się podjąć jakiekolwiek ryzyko, chciałabym powiedzieć: da się, wszystko się da. I tak bardzo chciałabym, żeby ten blog był lifestylowym blogiem o piciu kawy w Starbucksie, to niestety, będzie to o ciężkiej pracy i czasem tylko o małych klimatycznych knajpkach (bo zapomniałam, że w Kopenhadze przecież Starbucksa nie ma) i trendy imprezach w Karriere. Ale, jak już powiedziałam, to tylko czasami. Za to opowiem jak spełniać marzenia i jak robić interesy w Kopenhadze, a potem, kto wie, może jakieś podróże?

Na zdjęciach mój hipsterski rower w pociągu w trakcie przeprowadzek.

  • Starbucksy są już dwa- jeden na lotnisku, a drugi, nowo otwarty w Fieldsie. Z Belli Center do obu masz blisko 😉

    powodzenia!