They call it chaos – we call it home!, czyli bardzo osobista podróż śladami Orhana Pamuka. (Stambuł)

Zaczęło się tak: w kwietniu znalazłam się w Gaziantep we wschodniej Turcji. Tam w biurze organizacji, która nas gościła poznałam chłopca o imieniu Orhan. „Jak masz na imię?”, „Orhan”, „Yhmm”. I przysięgłabym, że gdzieś to imię słyszałam. Zajęliśmy się słuchaniem The Doors, bo Orhan bardzo lubił i wtedy przypomniałam sobie o książce „Nazywam się czerwień”, którą kiedyś czytałam…

Ale to, że napisał ją Orhan Pamuk, turecki noblista, to mi gdzieś umknęło. I przypomniało gdzieś pomiędzy „…break on through” i „…the other side”. „No, Orhan Pamuk to mój ulubiony pisarz”, powiedział mój nowy kolega. A ja już wtedy miałam plan. Popatrzyłam jeszcze na niego, trochę  rozmarzonym wzrokiem, bo co tu dużo ukrywać, to był najprzystojniejszy mężczyzna na świecie i jeszcze grał na gitarze elektrycznej, i jeszcze lubił The Doors. Zachwycają mnie tacy. Chociaż już miałam plan.

„Stambuł, wspomnienia i ulice” Orhana Pamuka połknęłam w maju. Chociaż cały ten maj w Kopenhadze lało jak nie wiem i ja nienawidziłam swojego życia, to wiedziałam, że na koniec tego wszystkiego czeka mnie nagroda: Stambuł.

„Mam w dupie małe miasteczka” – pisał Andrzej Bursa. Ja też mam w dupie i najbardziej na świecie lubię takie przygody jak São Paulo czy Paryż.

Moskwa już czeka, ale, ale na razie dojdźmy do tego jak ja dochodziłam do mojego Stambułu. Czytałam „Nowe życie” i „Dom ciszy”. „Muzeum niewinności” zaczęłam w samolocie Turkish Airlines, poczekałam tylko aż rozdadzą turkish delight i już mogłam czytać książkę, która przez dwa następne tygodnie wyznaczać mi będzie kierunek tej podróży i sposób patrzenia na Turcję. Bo co jak co, ale ja nie lubiłam Turcji, a zwłaszcza jej mężczyzn. Były takie momenty, kiedy myślałam, że przez tą książkę nie przebrnę. Zwłaszcza po fragmentach, w których główny bohater na swoim przyjęciu zaręczynowym myśli o tym, jaki będzie szczęśliwy mając u boku tak wspaniałą żonę i romans z młodszą od siebie kochanką. Tej całej tureckiej opery, w której mężczyźni jak koguciki chełpią się swoimi przygodami, a kobiety tego samego muszą się wstydzić. Co potem przypomina ciągłą ucieczkę kobiet od mężczyzn i ciągłą pogoń mężczyzn za kobietami. Dosyć zdesperowaną. Na Couchsurfingu dostałam 112, powtarzam S-T-O-D-W-A-N-A-Ś-C-I-E zaproszeń. Turecka gościnność mnie poraziła.

A ty, jak sobie wyobrażałeś Stambuł?
A ty, jak sobie wyobrażałeś Stambuł?

Na lotnisku Atatürka odbiera mnie Ozzy, na którego korzyść przemówiło to, że zechciał odebrać mnie z lotniska. Poza tym wyglądał jak Jim Morrison i lubił czytać Dostojewskiego, dla którego ostatnio pojechał do Sankt Petersburga, czyli tak, jak ja przyjechałam za Orhanem Pamukiem do Stambułu. Plac Taksim widzę po raz pierwszy, kiedy wysiadamy z autokaru i myślę sobie: „Ach, to tu jest akcja”. Pierwszego kebaba jemy przed pójściem do domu. Stambuł to monstrum, każdego dnia będzie zalewać mnie tutaj fala ludzi, Ozzy przeprowadza mnie delikatnie przez ulicę, pokazuje gdzie co i jak, ciągnie moją walizkę, płaci za nasz pierwszy posiłek.

Operacja "Akcja Taksim"
Operacja „Akcja Taksim”

Pierwszego dnia idę się zgubić. Jest duszno i gorąco, czuję jak kropla potu spływa mi po plecach i ruszam. Jest tak, jak nie było od czasów Brazylii (latem w Kopenhadze to gdzieś tak ze trzy razy możesz założyć sobie szorty i raz bikini). Tak się zgubiłam, że znalazłam na Grand Bazarze, czyli wcale się nie zgubiłam. Ale potem to już się zgubiłam i stąd te zdjęcia. Generalnie każde fotografie Stambułu, jakie widziałam przedstawiały to miasto jakieś takie zamglone i niewyraźne. Jak tu dodarłam to się przekonałam, że pięknego zdjęcia Bosforu, znad którego sterczą meczety wyglądające niczym tłuste pająki z ich odnóżami-minaretami, takiego zdjęcia no po prostu się zrobić nie da.  Jakoś tak duszno i pochmurnie. I chociaż fajnie to wygląda, kiedy kursuję promem pomiędzy Europą a Azją, Beşkitaş a Kadiköy, to żaden Istangram, a już na pewno mój aparat tego nie odda.

Idziesz, idziesz, a potem patrzysz, że na tej ulicy jesteś jedyną osobą z aparatem. Zostawiłaś w tyle wszystkich turystów.
Idziesz, idziesz, a potem patrzysz, że na tej ulicy jesteś jedyną osobą z aparatem. Zostawiłaś w tyle wszystkich turystów.
Stambuł. Wspomnienia i ulice
Stambuł. Wspomnienia i ulice.
Na promie do Azji
Na promie do Azji

A więc weekend przychodzi i z Ozzym i jego kolegą Adamem szykujemy się do akcji na Taksimie. I tak, jak w ciągu dnia żałowałam, że założyłam szorty, bo jak okiem nie sięgnąć 60% kobiet było okitłanych w chusty i płaszcze, tak w piątek dyskoteka gra. Niestety w sklepie alkohol można kupić tylko do 22.00, w barach jest on dosyć drogi. Wracamy przed północą, bo turecki kapitalizm wygląda tak, że tutaj pracuje się sześć dni w tygodniu, często po godzinach, które nie są płacone, czyli ktoś jeszcze marzy o zamieszkaniu w Stambule? Ozzy musi iść następnego dnia do pracy i wracamy ostatnim metrem. Na szczęście kończy wcześniej, więc możemy trochę połazić po tych nieturystycznych miejscach Stambułu (Niebieski Meczet, Topkapi i Hagię Sofię będę zwiedzała dopiero w ostatnim dniu mojego pobytu). Chodzimy po miejscach zgoła innych niż „nasza” dzielnica.

Na naszej dzielnicy siedzą panowie na taboretach, popijają herbatę, męscy fryzjerzy golą brody nawet o północy, ręczniczki wywieszone na plastikowej suszarce na zewnątrz zakładu, kebab tu, kebab tam. Wokół Galaty natomiast rozciąga się istny berliński Kreuzberg, kafejka taka, kafejka owaka, sklepiki z hand made, jak w hipsterskiej hipsterowni, a wszyscy tutaj wyglądają jakby byli expatami na praktykach w korporacji.

Kawę podał nam chłopak, który na przedramieniu miał tatuaż z dziwnym matematycznym wzorem. Ten tatuaż rozpoznam w lokalnym busie jadącym na prom Bursa-Stambuł, czyli 200 kilometrów stąd. I będę miała nadzieję, że tak jak tego przypadkowego chłopaka spotkałam później gdzieś w przypadkowym miejscu, tak gdzieś w tym zbyt dużym świecie spotkam kiedyś Ozziego. Nie jestem zakochana. Bardzo szybko zachwycam się czymś, a potem zapominam. Potem wiem, że muszę wsiąść w autobus. Wierzę tylko, że właściwa osoba do mnie wróci.

Jedyne nasze wspólne zdjęcie zachowam dla siebie, wam na spróbunek daję to.
Jedyne nasze wspólne zdjęcie zachowam dla siebie, wam na spróbunek daję to.

W autobus, a właściwie na prom muszę wsiąść następnego dnia i oto znajduję się po azjatyckiej stronie Stambułu, a kolejnego dnia, szczęśliwym trafem szczęśliwego Couchsurfingu jadę do Bursy, bo mój host musi tam jechać biznesowo i ma wolne miejsce w samochodzie. Taki leniwy ze mnie podróznik po tej Turcji: walizkę mam pełną sukienek, nie muszę jej nawet ciągnąć, bo robią to za mnie, odbierają mnie z lotniska i samochodem zawożą do Bursy.

Kiedy byłam w Stambule wiele osób zadawało to pytanie, pytanie, które można wybrać z tego oto przełamującego lody typowego zestawu: „Dlaczego wybrałaś Turcję?”, „Czy ci się tutaj podoba?”, „Czy byłaś kiedyś w Turcji?”. Właśnie to ostatnie chciałam omówić. Bo na to pytanie mogłam odpowiedzieć, że owszem, byłam w Turcji, w kwietniu odwiedziłam Gaziantep. I taki wyraz lekko kpiącego zdziwniena malował się na twarzach moich rozmówców, taki sam, jaki miałam ja, kiedy spotykałam ludzi, którzy byli w Polsce i najbardziej to podobało im się w Białymstoku, Lesznie czy Szczecinie. Oczywiście wiemy, że za każdym takim Białymstokiem kryje się Kasia, Ola albo Ania. Wszyscy jeżdżą do Antalya, do Kapadocji, Stambułu, ale kto normalnie odwiedza zaściankowy Gaziantep? Wszyscy jeżdżą do Warszawy i Krakowa, ale czego szukać w Białymstoku? Tak też było z kolejnymi osobami, które poznaję w Turcji. Zarówno mój host z Kadikoy, azjatyckiej strony Stambułu, jak i ten, którego miałam szczęście poznać w Bursie mieli taką samą historię o różnych imionach. Dzięki temu jako osoba z Polski jestem jak najbardziej mile widziana. Przebywając z nimi stwierdzam, że jest wiele podobieństw pomiędzy naszymi narodowymi charakterami: ten sceptycyzm, gościnność, realne podejście do życia, a jednocześnie taka prosta serdeczność plus odrobina narzekania. Tacy jesteśmy my Polacy i tacy są Turcy.

W Stambule często nie mogę spać, nocami siedzę i czytam „Muzeum niewinności”, aż nawoływania muzezina do modlitwy  oznajmią mi, że jest już piąta rano. Ja bardzo lubiłam te momenty, wydawały mi się głębokie i uroczyste jak rezurekcja w Niedzielę Wielkanocną. Co ciekawe, wszyscy Turcy, których poznałam nie czują tego, co ja: narzekają na te jęki pięć razy dziennie, na ochustane kobiety. W książkach Orhana Pamuka też jest taka nostalgia i spojrzenie na Zachód, opowieści bohaterów, którzy mieszkali w Niemczech. Pytam: „Orçun, co najbardziej smakowało ci Polsce?”, „Kiełbasa. U nas wieprzowiny nie można dostać :(” (ten emotikon to specjalnie, niech odzwierciedli emocje Orçuna wobec braku wieprzowiny). W Bursie po raz pierwszy idziemy do meczetu. Nie wiem dlaczego, ale mi się wydawało, że jako niewiernej nie wolno mi wchodzić do meczetów. Aykut mnie uświadamia, że to miejsce jak każde inne, załatwia mi chustę i kiecę. Siadamy sobie z tyłu, bo tylko z tyłu mogą siedzieć kobiety i patrzymy na modlitwę: „Aykut, co oni mówią?”, „Nie wiem, to po arabsku”, „Jak to nie wiesz, to twoja religia?”, „Ja myślę, że oni też nie wiedzą”, „No tak, u nas też jeszcze 50 lat temu msze odprawiano po łacinie, również nikt nie rozumiał, a chodził”, „No, właśnie, tak nie powinno być, powinno być w ojczystym języku. Atatürk próbował to zmienić”. Podszedł do nas mężczyzna i wyrzucił z siebie tureckie kazanie, które w skrócie miało nas poinformować, że siedzimy w złymi miejscu, bo tutaj jest taka niewidzialna linia i to za nią mogą siedzieć kobiety, nie bliżej.

„Aykut, czemu on ma taką dzierganą czapeczkę na czubku głowy?”, „Bo w ten sposób myśli, że jest bardziej religijny ode mnie. Ale wiesz co? Tylko Bóg o tym wie!”.

Imam skończył, wszyscy skończyli, teraz czas na foty. Wszyscy zabrali się za iPhony. Pomyślałam: dziwne, ale dobra. A teraz mam najfajniejsze zdjęcia-pamiątki z Turcji: ja w spódnicy i chuście w Wielkim Meczecie w Bursie.

DSCN8674

Wielki Meczet Bursa
selfie selfie selfie!
Tradycyjna anatolijska kobieta z jej tradycyjnym tureckim mężczyzną
Tradycyjna anatolijska kobieta z jej tradycyjnym tureckim mężczyzną
A teraz Wiola, tylko grzecznie!
A teraz Wiola, tylko grzecznie!

W Bursie, oprócz Wielkiego Meczetu, łażenia po bazarach i tym razem 80% kobiet okitłanych w chusty, pokazu tańczących derwiszy, długich śniadaniach z Aykutem, przeciągających się do brunchu i lunchu, a my wciąż dyskutowaliśmy, zostałam zaproszona na kolację u jego cioci i wujka. To była taka klasa średnia, może trochę wyższa, w domu firany, zasłony, skórzane kanapy, kapcioszki i zupa, która przypominała nasz polski żurek. Niestety nie mam zdjęć, byłam tak onieśmielona, że bałam się zrobić jakikolwiek ruch. Zdjęć nie mam też z tureckij łaźni, do której poszłam, bo była to atrakcja „must have” w Turcji. Zdjęć nie mam, bo byłam… nago:

„Wiola, żadne bikini, bierzesz ręczniczek, gąbkę i mydło i idziesz sobie normalnie nago”, mówili mi.

Oczywiście, nie wszyscy byli nago, nikt nie mówił po angielsku i wyobraźcie sobie jak może czuć się osoba, która stoi nago w zaparowanym pomieszczeniu, a gruba Turczynka ma zrobić masaż, który wygląda jak robienie ciasta na kluski w niedzielne południe. Ostatnio tak się czułam w Brazylii, kiedy poszłam zrobić brazylijską depilację. Też salon kosmetyczny gdzieś tam i ja przypadkowa osoba pośrodku. Ale jak robić brazylijską to w Brazylii. I jak iść do tureckiej łaźni to w Turcji. Przeżyłam.

Też już chciałam sobie zakupić taką chustę, ale już taką jedną miałam… z second handu w Berlinie

Taboret i herbatka i można imprezować do rana
Taboret i herbatka i można imprezować do rana
Tureccy derwisze
Tureccy derwisze tańczą tańczą tańczą
Tak z zewnątrz wyglądała miejscówa tańczących derwiszy.
Tak z zewnątrz wyglądała miejscówa tańczących derwiszy – tekkesi

Wróciłam promem do Stambułu trochę ugnieciona. Tym razem zameldowałam się w hostelu, bo potrzebowałam pobyć sama. Couchsurfing daje ci kolacyjki z ciocią i wujkiem oraz namiary na najlepsze tureckie łaźnie w mieście, ale hostel niezależność i trochę świętego spokoju. I bycie w centrum miasta. Wspomniałam, ze Stambuł to monstrum i kosztowanie życia zwyczajnych ludzi oznacza dwie godziny w komunikacji miejskiej?

Stambuł czekał na mnie z kolejnymi atrakcjami – zostałam zaproszona na wesele. Tureckie wesele, pełne satynowych sukien i długo lakierowanych fryzur. Chciałabym powiedzieć, że bawiłam się na Tureckim weselu, ale nie wszystko jest idealne. Mój partner (a któżby inny, oczywiście, że Ozzy) zabrał mnie, bo jako przyjaciel pana młodego robił sesję zdjęciową przed ślubem. Sesja o drugiej po południu nad Bosforem, kolorowe parasolki, dziubusie i tylko czekałam jak wypuszczą białe gołębie. Turcy lubią taki kicz. Potem byliśmy w domu panny młodej, milion butów przed wejściem, zdjęcia w salonie, gdzie na meblościance w ramkach stoją licealne fotografie panny młodej, herbatka i kolejne zdjęcia z koleżankami. Na Facebooka. W domu ślubnym schodzą się goście i schodzą, już dziewiąta, dziewczyny ubrane jak na rozdanie Oskarów i jeszcze lepiej. Zbyt długo było tego czekania i poszliśmy na kebaba. Trochę szkoda, ale ten dzień był dla nas za długi, a co dopiero dla panny młodej w tej sukni. Jedno zdjęcie zostało na pamiątkę.

DSC_3966

W tym momencie definitywnie pożegnałam się z Ozzym i kontynuowałam to, po co tu przyjechałam, czyli „Muzeum niewinności”. Czytam tą książkę i czytam. Nocami, na promie, przy tureckiej kawie i na placu Taksim. Muzeum znajduje się na Beyoglu w kamienicy, w której mieszkała rodzina głównej bohaterki książki. Historia zaczyna się od kolczyka w kształcie motylka, który gubi się w momencie, w którym głównym bohater gryzie ją w ucho, kiedy oddają się przytulankom w jego kawalerce nad Bosforem. To łóżko, jak i ten kolczyk oraz wszystkie przedmioty związane z tą historią znajdują się w Muzeum, które zaaranżował Orhan Pamuk po wysłuchaniu tej love story i po śmierci głownego bohatera. Przedmioty, zwykłe rzeczy, które towarzyszą nam w codziennym życiu, dziś już nie przywiązujemy do nich takiej uwagi, wciąż kupujemy więcej i więcej, nikt nie zachowuje butów czy wody kolońskiej, bo ta przypomina nam jakąś chwilę z naszego życia. One wszystkie znajdują się w muzeum: torebka Jenny Colon, którą główny bohater widzi na wystawie i postanawia kupić swojej narzeczonej, wycinki z gazet plotkarskich, opisujących ich przyjęcie zaręczynowe, zdjęcie kochanki ojca głównego bohatera i kolczyki, których nigdy nie zdążył jej podarować – wszystko to opowiada historię miłości Kemala i Füsun, która była sprzedawczynią we wspomnianym butiku z torebkami Jenny Colon. I ja opowiadam tą historię mojej koleżance Elif, którą poznałam w Gaziantep i z którą spotkałam się w Stambule. Elif kiedyś nauczyła mnie liczyć po turecku do dziesięciu, ale jak teraz ćwiczymy, to się okazuję, że umiem, ale nie po kolei. Moja koleżanka nie czytała tej książki, więc przed każdą gablotą opowiadam jej Stambuł lat 80’.

Wtedy w Polsce Dżem śpiewał, że w życiu piękne są tylko chwile. Kemal Basmaci zamknął wszystkie swoje chwile w tym jednym muzeum, ja zamykam swoje w tym tekście.

Beyoglu
Z Elif idziemy do Muzeum Niewinności
Artefakty z muzeum: torebka Jenny Colon, buty, które miała na sobie Fusun podczas ich pierwszego spotkania, zdjęcie kochanki ojca Kemala na promie w Kadikoy i kolczyki, które miał jej dać, a nie dał
Artefakty z muzeum: torebka Jenny Colon, buty, które miała na sobie Fusun podczas ich pierwszego spotkania, zdjęcie kochanki ojca Kemala na promie w Kadikoy i kolczyki, które miał jej dać
Muzeum Niewinności
Tak, tak to to łóżko

Nie zdążyłam skończyć czytania „Muzeum niewinności” . Ostatnie gabloty w muzeum z jakiegoś powodu były zamknięte i niedostępne podczas naszego zwiedzania. Nie wiem więc jak kończy się ta historia, ale trochę się domyślam, że Füsun umiera.

Ostatnią noc spędzam spacerując po Beyoglu i słuchając lokalnego piosenkarza Dumana. Wszystkie sklepy oprócz Zary i H&M są otwarte i trwa ogólny shopping. Jest 23.00.

Tak jak to się zaczęło, zaraz po podaniu turkish delight w samolocie Stambuł – Berlin kończę „Muzeum niewinności” . Füsun rzeczywiście umiera.

  • Emi

    To byłaś już w Azji 🙂 Podoba mi się ta Turcja z Twoich opowieści!

    Ejjj, ale jakbyś miała te ‚jęki’ meczetowe na codzień to tak samo byś ich nie znosiła, zapewniam… Ja mam już wypracowany system ich zagłuszania, o danej godzinie pamiętam, żeby włączyć głośno muzę, ba, nawet śpiewać na głos i wtedy da się przez to przebrnąć 😉

    A w niektórych indonezyjskich meczetach mają nawet wifi! I ludzie przychodzą tam z komputerami popracować w ciszy, no cyrk na kółkach..

    P.S. na ostatnim z siedzących meczetowych ochuszczonych zdjęć wyglądasz, jakbyś miała czerwone włosy 🙂

    • Fajnie‚ że się podoba. Polecam zajrzeć jeszcze raz‚ bo niechcący cały akapit wycięłam‚ ale już poprawiłam.

      Przed wyjazdem postanowiłam ukryć blond włosy‚ domowe farbowanie zrobiło mi to‚ że rzeczywiście miałam jakiś taki odcień wiśni‚ na szczęście tureckie słońce trochę mi rozjaśniło:)

  • Ty wiesz, że ja specjalnie miałam u siebie w newsfeedzie Twój wpis jako nieprzeczytany bo nie chciałam wciagac go między obrabianiem zdjęć, przeglądanie fejsa i czytaniem innych blogów? a dzisiaj jestem pierwszy raz w życiu na l4 i pomyslalam że to jest ten dzień, to jest ta chwila! piszesz dużo i dobrze, ja się tylko ślizgam po powierzchni tematów, a u Ciebie będzie zawsze coś więcej niż „byłam, widziałam”. no i inna sprawa, że podróżując samotnie nie zamykasz się sama ze sobą, my zawsze jeździmy we dwójkę i kontakt z lokalnymi mamy żaden, to tak jakbyśmy tylko na pół gwizdka gdzies byli imo.
    stambuł nam sie odsunął w czasie na przyszły rok, ale co się odwlecze, to nie uciecze. już wiem co mam czytać, żeby się przygotować (aczkolwiek próbowałam „nazywam się czerwień” i jak na razie pamuk – ela 1:0. a czytałaś „zabójca z miasta moreli”, reportaże szabłowskiego?).
    jeszcze o religijności: u nas nie musi być po łacinie żeby 99% ludzi nie kumało o co chodzi. wyuczone, wyklepane i z głowy. raz w radiu maryja, akurat jechaliśmy na świeta do domu, jakiś ksiądz analizował którąś z kolęd. uderzyło mnie jak wiele rzeczy można powyciągac z tekstu który słyszysz 100 raz w ciągu miesiąca, a nad którym nikt się nie zastanawia, i to takich rzeczy z teologii. sorry za dygresję z dupy, chora jestem ;d

    • „Zabójca z miasta moreli” to wielowątkowa opowieść o Turcji rozdartej między Wschodem a Zachodem…” Taaak, dokładnie, jednym słowem można opisać Turcję: rozdarcie. Przeczytam, definitywnie! Cóż, nie chcę się przekomarzać kto ma lepiej, a kto ma gorzej, ale to jest tak, że jestem sama: kiedy idę ulicą czy to Stambułu, czy to Rio de Janeiro marzę sobie, żeby odwrócić głowę i powiedzieć do kogoś: „fajnie tu, nie?”. Ale odwracam głowę, a tam tylko tłum ludzi. Zdjęć nie umiem robić dobrych, jak chcę sfotografować siebie na tle ładnego miejsca to muszę prosić przypadkowych turystów. Czasem im coś wyjdzie, jakiś moment, coś się stanie i go uchwycą, ale zwykle robią mi takie same zdjęcia jak sobie – turystyczne, mdłe, nudne. Często umawiam się z jakimiś fotografami, ale z fotografami to sam kłopot, zwłaszcza jeśli są to mężczyźni, jeśli wiesz o czym mówię. Myślę, że nie od początku wychodził mi ten blog, ale staram się ewoluować, ulepszać i pisać taki, jaki sama chciałabym czytać. A czytam twojego bloga też:)

  • Gdzie się nie odwrócę, tam Stambuł. A jeszcze moje wspomnienia nie zdążyły wyblaknąć. Czy to jakiś znak z niebios? 😉

  • W Stambule byłem raz jedyny dawno, dawno temu. Co jakiś czas sobie powtarzam, żeby tam wrócić. Obudziłaś kolejne wspomnienia. Chyba termin drugiej randki ze Stambułem zbliża się coraz szybciej 😉

  • Świetny wpis. Marzy mi się podróż drogami Dostojewskiego, ale w ogóle tak sobie pomyślałem, że to zupełnie inne odkrywanie miejsc, kiedy mamy ułożony klucz przez jakąś powieść 🙂
    Co do języka, jak prosiłaś, można pomyśleć o tych „a” i „i” rozpoczynających sporo zdań. Niby to nic złego, ale w niektórych miejscach ich wykreślenie, moim zdaniem, nie zmieni sensu, więc po co 😉
    pozdrawiam

  • Bardzo, bardzo ciekawie opowiadasz! A Turcja – Stambuł ciekawie wygląda w Twoich opowieściach! 🙂 Przypominam sobie Stambuł, w którym niestety byłam tylko jeden dzień, a to zdecydowanie za krótko na takie miasto! Chciałabym się raz jeszcze zgubić na bazarze i poobserwować wiernych udających się do meczetu… 🙂

  • Wiola, bardzo fajny wpis! Opowiadasz lekko, czyta się bardzo przyjemnie! Jedyne co mi przeszkadzało to budowa dialogu, bo jestem zwolenniczką klasycznych dialogów, z myślnikami i zdanie pod zdaniem. Popracowałabym też trochę nad ograniczaniem zaimków typu ten, ta, to, taki… Czasem są one nieuniknione (jak np. w zdaniu „Turcy lubią taki kicz” – wiadomo, że chodzi o gołębie i wszelkie dodatki), ale w zdecydowanej większości przypadków można się bez nich obyć, a nawet zastąpić jakimiś przymiotnikami, które ubarwiłyby opowieść (jak np. tutaj: „Zbyt długo było tego czekania i poszliśmy na kebaba. Trochę szkoda, ale ten dzień był dla nas za długi, a co dopiero dla panny młodej w tej sukni.”) Myślę, że tego typu zaimki są bardziej dopuszczalne w mowie potocznej, ale w tekście mi osobiście trochę przeszkadzają. Alee nie martw się, mam ten sam problem (o, tutaj np. nie dało się ominąć, bo wiadomo o jaki problem chodzi :D) i od jakiegoś czasu bardziej zwracam na owe zaimki uwagę i myślę, że pomaga to być nawet bardziej kreatywnym pisarzem. 🙂
    Życzę powodzenia i trzymam kciuki za rozwój Twojego warsztatu! 🙂

    • Dziękuję za ten komentarz. Ostatnio testuję jak pisać. Chyba rzeczywiście za bardzo płynę z potoczną mową, czasem napiszę, a potem zbyt szybko publikuję, a tak dobry pisarz nie robi.

  • Pingback: Turcja na polskich blogach podróżniczych()