2014!

Nic tak nie cieszy Polaków jak porażki innych. Więc nie będzie to post w stylu: tu byłam, tam byłam. Dam wam powód do uśmiechu: 80% z moich planów nie spełniło się w 2014 roku. Wszystko miało być inaczej, a 2014 był jedną wielka lekcją pokory, kreatywności i przeciwstawiania się niepowodzeniom.

A teraz dam wam powód do zadziwienia: w 2014 sama przejechałam pół Brazylii, spędziłam 4 miesiące w Kopenhadze, odbyłam jedną wymianę młodzieżową w Turcji i Wolontariat Europejski w Grecji, odwiedziłam Stambuł i Berlin, przejechałam autostopem z Lublany do Budapesztu i jeździłam vespą po Rzymie. Porażki otwierają nam drogę do nowych rozwiązań. Przekonałam się o tym już pierwszego stycznia, kiedy na komórce oglądałam zarejestrowane przez moją koleżankę najpiękniejsze fajerwerki świata – fajerwerki z naszego Sylwestra na Copacabanie w Rio de Janeiro. Już następnego dnia pakowałam plecak i zmuszona zostawić wszystko za sobą, ze złamanym sercem, bo przecież kto zostawia za sobą Rio de Janeiro, stałam przed okienkiem biletowym na Rodoviarii i kupowałam ostatnią miejscówkę do Salvadoru. Spędziłam najgorętszy styczeń w moim życiu i najfajniejsze urodziny w bikini w Chapada Diamantina.

Luty był w stylu bohemian – w Buenos Aires kosztowałam win i tańczyłam tango, szukałam Facundo Arana. Poznałam Felipe, który był moją walentynkową kolacją, a potem okazał się… kim się okazał. Chodziłam po plażach Florianopolis i obserwowałam high life São Paulo. Na chwilę poczułam się jak w Europie będąc w Kurytybie. Wróciłam silniejsza do Rio de Janeiro, byłam gotowa na powrót do Polski. Taka wiosna.

Kwiecień dał mi szansę na wyjazd do Turcji. Wylądowałam w Gaziantep, miejscu, gdzie w życiu nie przyszłoby mi do głowy przyjechać ot, tak. Najlepszy wybór na świecie. Maj to deszczowa Kopenhaga, która tego lata dała mi najlepszy styl życia: bieganie, rower, gotowanie, fajne mieszkanie, bilet na koncert Pearl Jam w Oslo i największą rozpacz życia: pracę, której nienawidziłam i w której nie mogłam się rozwinąć. Po tym wszystkim postanowiłam sobie zrekompensować straty w Stambule, który fascynował mnie z powodu książek Orhana Pamuka. Pewnie byłabym dzisiaj junior account executive agencji PR, gdyby nie głupi Felipie, który w październiku wyciągnął mnie z Polski na europejską wycieczkę. Byłam z siebie dumna, bo udało mi się załatwić dwa darmowe noclegi w hostelach w Budapeszcie, ale nie udało mi się zatrzymać Felipe i wycieczkę musiałam dokończyć sama. Wtedy uwierzyłam, że potrafię wszystko sama. W listopadzie czekałam na samolot Rynair do Rzymu i zastanawiałam się: ile już razy w tym roku wsiadałam na pokład samolotu? Nie minęły dwa tygodnie, a już próbowałam znaleźć najlepszą pozycję do spania na lotnisku Warszawa Okęcie przed porannym lotem do Aten. Spędziłam cały miesiąc w sielskiej anielskiej Grecji, maczając chleb w oliwie, patrząc na morze i jeżdżąc autostopem po okolicznych wsiach.

W 2014 roku odwiedziłam 11 krajów na świecie.

Czy tak miało być? No, chciałabym inaczej. Wykasowałabym na przykład Kopenhagę. Nie chciałam opuszczać Rio de Janeiro. Zbieranie oliwek w Grecji też mi się na początku nie uśmiechało. I co się okazało? Że opłaciło się podjęte ryzyko – nie byłoby Pearl Jamu bez odkurzania w kopenhaskim hotelu, nie byłoby wina w zrujnowanych barach Budapesztu bez głupiego Felipe, nie byłoby Stambułu bez wcześniejszego popijania herbaty w hanach Gaziantepu i nie byłoby łażenia po San Telmo w Buenos Aires bez stwierdzenia: a, niech szlag trafi Rio de Janeiro.

Jak to czytam, to nie wierzę, że to był mój rok. Normalnie nie wierzę.

torba na melanż