Amsterdam, yes please!

7 milionów turystów przyjeżdża każdego roku do Amsterdamu (w którym mieszka 800 tys. ludzi) po to tylko, żeby zapalić trawkę. Pojechałam i ja. Mega Bus to odpowiednik  Polskiego Busa, gdzie można zrobić sobie niezłą wycieczkę za małe pieniądze. Taka też była moja wycieczka z Brukseli do Amsterdamu: całe 13 euro.

Wsiadam to tramwaju, rozglądam się dookoła i już mogę stwierdzić, że mi się tu podoba. W tym bowiem momencie wszyscy hot Danish guys już nie są tacy hot, teraz mamy hot Dutch guys! Jeszcze nie dojechałam do mojego przystanku, a już zdążyłam obmyślić plan jak tu zostać, mieć małe studio w kamienicy nad kanałem i śmigać wzdłuż tych kanałów na dużym rowerze z ramą. Jeszcze nie zdążyłam poznać żadnego Holendra, jeszcze nie poczułam zapachu marihuany na ulicy, nie wiem nawet jak jest dzień dobry po holendersku, siedzę sobie przecież w tramwaju i próbuję nie przegapić przystanku, na którym powinnam wysiąść, a już to wiem. To niesamowite. Amsterdam jest jak lepsza wersja Kopenhagi, to miasto urocze i szalone zarazem. Urocze, bo można tam spacerować i spacerować. Szalone, bo w coffeshop (The other side, Feel good, czy The Doors, żeby wspomnieć kilka nazw, które mówią same za siebie) można się najeść ciastek i wcale tego nie żałować.

I tak  wyglądał mój pierwszy dzień w Amsterdamie – najadłam się ciastek i poznałam Holendra. „W zasadzie mogłabym już wracać” – pomyślałam sobie. A był to dopiero pierwszy z sześciu dni, jakie miałam tam spędzić…

Dziś, kiedy piszę te słowa siedząc w jednym z MacDonaldów w Lublinie i żałuję, że ta przygoda już się skończyła. I nie chodzi o te głupie ciastka, wierzcie mi lub nie, ale przez kolejne pięć dni byłam trzeźwa. Po prostu kolejny raz stwierdzam, że jestem zakochana w mieście…