Książka w podróży

Książki czytam jak głupia. Niech świadczy o tym fakt, że ledwie skończył się styczeń, a ja już przeczytałam ich osiem, w tym jedną po portugalsku i jedną po angielsku, zaczęłam dwie kolejne i myślę nad kupieniem trzech nowych pozycji.

Kiedy jechałam do Brazylii do dziesięciokilogramowego plecaka wrzuciłam przewodnik Lonely Planet i dwie powieści Murakamiego w kieszonkowym wydaniu. Wróciłam z czterema innym książkami. W podróży towarzyszył mi „Tato” Williama Whartona. Kupiłam w antykwariacie w Porto Alegre za śmieszne pieniądze i czytałam w czasie 25- godzinnego pobytu w autokarze do Buenos Aires. Od tamtej pory sięgam po Williama Whartona tylko po angielsku, bo tylko tak go rozumiem. W Rio de Janeiro dużo czasu spędzałam w ulicznych korkach. Naprawdę dużo – dwie godziny, aby dojechać do centrum to była normalka. Na forum dla expatów zapytałam czy ktoś nie chciałby wymienić się albo pożyczyć jakiś książek. Odezwała się do mnie Tanya i kilka dni później odbierałam książki z portierni jej apartamentu na Leblonie. Udało nam się spotkać osobiście niemal dwa miesiące później i Tanya jako osoba zainspirowała mnie bardziej niż jej książki (dziś już nie pamiętam co mi pożyczała). Co więcej, zaprosiła mnie na weekend do jej domu. To był mój ostatni weekend w Brazylii i miałam go spędzić na Leblonie! Taka historia.

Książkami trzeba się dzielić. Razem z innymi blogerami mamy taką akcję: „Książka w podróży”. Uważamy, że książki powinny podróżować. Dziś w bistro Ostro na Krakowskim Przedmieściu 25 w Lublinie zostawiam wam jedną. Weźcie ją, przeczytajcie, podajcie dalej, napiszcie mi co o niej myślicie. Książka, którą oddaję to nie „Tato” Whartona, ten egzemplarz ma dla mnie zbyt dużą wartość sentymentalną, ale „Zachłanni” Magdaleny Żelazowskiej. Jest to książka o warszawskich słoikach, więc myślę, że niezłym trikiem będzie pozostawianie jej w Lublinie.

Do tego miasta przywiozłam mnóstwo słoików. Właściwie od zawsze byłam słoikiem i swoje studenckie lata wspominam jako ciągłe wożenie i przewożenie skrzynek korniszonów i papryki w occie.

Ci, którzy z tego się śmiali (chociaż w Lublinie niewiele osób śmieje się z takich rzeczy, tutaj takie rzeczy się szanuje) dziś w Almie płacą mnóstwo kasy za produkty Krakowskiego Kredensu. Ale wracając do książki – spodziewałam się, że będzie to opowieść właśnie o tym: o korniszonach, mrożonych kopytkach, PKSach na trasie Nałęczów-Warszawa, pracy na słuchawce w Orange z 8 złotych za godzinę, wynajmowaniu mieszkań z meblościanką, ławą i wersalką. Ale nie, powieść jest przewrotna. Zostawię was raczej z zagadką niż z recenzją. Idźcie do bistro Ostro i szukajcie jej na półce!

Więcej na ksiazkawpodrozy.com

książka w podróży