Kebabistan, czyli nie ma co jeść: kuchnia duńska.

Jeżdżenie rowerem sprawia, że nasz organizm domaga się więcej kalorii. Ale ci, którzy mają ochotę na duńskie kulinarne doznania raczej zostaną rozczarowani. Dwiema najczęściej jadanymi tutaj potrawami są Smørrebrod oraz Frikadelle. Po naszemu – kanapki i kotleciki mielone. Też mi coś. Tę kulinarna lukę wypełniają knajpy chińskie (dużo, naprawdę dużo chińskich knajp), indyjskie, kilka pizzerii i tak niecierpiane przeze mnie kebaby. Jest ich tutaj pełno, a swoim wyglądem na pewno nie zachęcają mnie do wstąpienia na obiad.

Rezultat tego jest taki, że od trzech miesięcy nie jadłam tak naprawdę nic dobrego i właściwie przestałam lubić jeść. Czasem tylko tęsknię za pierogami ruskimi ze skwarkami albo za ziemniakami z kotletem z Pyzatej Chaty w Lublinie. I jeśli kiedyś czasem rezygnowałam z jadania w tym miejscu z obawy o to, że sama stanę się pyzata, tak dziś naprawdę mam ochotę na taki obiad. Stąd ten mój wpis pełen żalu do kebabów.

Ważę już tyle, co worek cementu i jedyny pozytyw to taki, że ominął mnie wiosenny stres związany z oglądaniem reklam Slim Figura. Czasem, ale tylko czasem, pozwalam sobie na szaleństwo w postaci bochenka chleba z najbardziej snobistycznej piekarni na mieście. Drożdżówki z Lagkagehuset albo z Holm’s Bager oglądam sobie tylko za szybką, ale tylko tu mogę dostać chleb, którego smak pamiętam z dzieciństwa.