Jak studiować w Danii?

Zamiast wodzić wzrokiem za przystojnymi Hiszpanami w Sevilli lub spacerować po plażach Barcelony, bo przecież na tym polega Erasmus w Hiszpanii, która jest najchętniej wybieranym krajem na studencką wymianę, na piątym, ostatnim roku studiów myśląc o przyszłości, karierze i mając ambitne plany obrałam kurs na Danię. Postanowiłam zostawić w spokoju chłopaków z Hiszpanii, wyrzekłam się nocnych spacerów po plaży. W zamian przyszło mi jeździć na rowerze w wietrze i śnieżycy i zastanawiać się, czemu Duńczycy, chociaż tacy sympatyczni i serdeczni na pierwszy rzut oka, mnie nie lubią.

W Polsce już krąży legenda o tym, na jak wysokim poziomie jest duńskie szkolnictwo wyższe, głównie rozpowszechniana przez agencje wysyłające studentów za granicę: praktyczne zajęcia, pełne wyzwań projekty, praca grupowa, swobodne i koleżeńskie kontakty z supervisorami.

Kto studiował w Polsce, ten wie, że Nadzwyczajny Profesor Doktor Habilitowany pyszni się na katedrze, a student czeka na konsultacje pod jego gabinetem dwie godziny po to tylko, żeby dostać wpis do indeksu.

To naprawdę może zafascynować i, nie powiem, zafascynowało także mnie, ale trzeba pamiętać o jednej przeszkodzie, bardzo istotnej z punktu widzenia polskiego maturzysty, czy też każdej innej młodej osoby, która nie chce studiować marketingu na Jakiejś Tam Wyższej Szkole Tego i Tamtego gdzieś pod Rzeszowem. Finanse. To najgorsze, z czym przyjdzie wam się zmierzyć, a o czym agencje nie wspomną. A może wspomną, ale jedynie przytoczą fakt, że pracując kilka (kilka! Nie cały etat jako sprzedawca biletów w Cinema City albo asystent Call Center w Orange, co muszą robić prawie wszyscy studenci marketingu w Polsce, a tu proszę, tylko kilka!) wystarczy na utrzymanie się w Danii. Otóż nie wystarczy.

Moje stypendium z Erasmusa wynosiło 400 euro miesięcznie. Tyle na początku 2012 roku kosztował mój pokój gdzieś na Brønshoj, 7 kilometrów od centrum Kopenhagi. Na bilety na Uniwersytet w Roskilde, oddalony 20 minut od miasta w ciągu semestru wydałam prawie drugie tyle. Na szczęście na duńskich uniwersytetach nie ma dużo zajęć, jakoś dwa, trzy razy w tygodniu, reszta czasu powinna być przeznaczona na pracę nad projektem i ewentualnie, wspomnianą już, pracę zarobkową. Kilka godzin tygodniowo. Tylko, że to odnosi się do duńskich studentów, dostających stypendium i chcących sobie do niego dorobić. Międzynarodowym studentom pozostaje uczyć się duńskiego i liczyć na szczęście dostania pracy w firmie sprzątającej. I naprawdę trzeba mieć szczęście. Trochę trudniejszy start, ale nie można powiedzieć, że ten wysiłek się nie opłaci.

Mniej, a konkretniej – na takiej zasadzie oparte są duńskie studia. Na kursie z Corporate Social Responsibility myślałam, że zwariuje, jeśli jeszcze raz przeczytam gdzieś definicję ‘stakeholders’ przytoczoną przez Edwarda Freemana. Ale dzięki temu do dziś ją pamiętam. Bardzo podobało mi się, kiedy prowadząca zajęcia zapytała nas co o niej myślimy i każdy mógł pozwolić sobie na bycie sceptycznym. Na tym przecież polega nauka:

„powiedz mi, a zapomnę, pokaż mi, a zapamiętam, zaangażuj mnie, a zrozumiem.”

Uniwersytet Marii Curie Skłodowskiej, na którym uzyskałam tytuł magistra politologii ledwo może wpasować się w drugi etap: „pokaż mi, a zrozumiem”. Opowiedziano mi mnóstwo historii o modelu państwa totalitarnego, zasadach absolutyzmu oświeconego, ponowoczesności Zygmunta Baumana i panoptykonie Jeremego Benthama, umowie społecznej według Thomasa Hobbesa i Johna Locke’a, ale czego nauczyłam się podczas wykładów to to, jak rozwiązywać sudoku. Bo w prezentacjach multimedialnych nasi polscy profesorowie są słabi. Właściwie nawet nie wyobrażają sobie, że można by je jakoś użyć. Zaangażowana czułam się dopiero na duńskich zajęciach, a tym samym zrozumiałam, naprawdę zrozumiałam, czym jest wspomniany CSR.

Namawiałabym każdego, kto zdał maturę, a nie poszedł jeszcze na studia, a nawet tego, kto już poszedł, ba! nawet tego, kto już skończył, żeby spróbował w Danii. Finanse mogą być dużą przeszkodą, ale poznając historię moich znajomych, a także po swoich własnych doświadczeniach widzę, że to zaskakujące, ale papier poświadczający ukończenie studiów wyższych tutaj coś znaczy. Uniwersytet nie jest tylko instytucją produkującą magistrów, ale drogą do osiągnięcia czegoś. I jeśli dodamy do tego naukę języka duńskiego – kto wie, może nawet dobrą drogą do stabilnego życia.

Na zdjęciu: ja ponad rok temu przed moim uniwersytetem w Roskilde, o którym pisałam już tutaj i tutaj