Parlament Europejski w obrazkach z Instagramu

To jest to, ten moment, kiedy wchodzisz rano do Parlamentu i własną plakietką otwierasz sobie drzwi. Nie można być bardziej dumnym. To jest ta myśl: „ja tu rządzę!”.

Tak samo czułam się, kiedy każdego ranka wysiadałam na Covent Garden i ruszałam do drzwi Fleishman Hillard. To nic, że była to najbardziej zatłoczona stacja metra w Londynie, fakt, że przeciskam się w kierunku drzwi jednej z największych agencji public relations sprawiał, że okropnie zadzierałam nosa.

Tak więc oto jestem, w sercu biurokratycznej machiny i teraz zdradzę kilka tajemnic.

Generalnie chodzi o to, żeby być na jak największej liczbie konferencji i poznać jak najwięcej ludzi. Od wystaw designerskich mebli z Poznania, poprzez degustację oliwy z oliwek z Włoch, seminarium na temat wyborów na Ukrainie, sposobach wydobycia gazu łupkowego po wielką imprezę z okazji rocznicy wprowadzenia jednolitego rynku w Europie czy wręczenia nagrody Sacharowa. Nigdy nie wiesz, kto będzie jechał z tobą windą, czy Schulz czy Buzek, dlatego zawsze warto mieć ze sobą swoje CV i wizytówki. Nabijam się troszkę, ale myślę, że rzeczywiście tak to wygląda. Każda osoba, którą poznaję w Brukseli, jeżeli nie pracuje w jednej z europejskich instytucji, to jest specjalistą od public affairs albo lobbystą z jakiegoś NGO.

Jakoś troszkę jestem zawiedziona. Spodziewałam się wielkiego show, przemówień tak inspirujących jak wystąpienia Steve’a Jobsa prezentującego nowy iPad. A tu, prezentacje w Power Poincie z 2004 roku, zbyt długie mowy o niczym, w dodatku nieraz z tak okropnym akcentem angielskiego, że nie da się tego zrozumieć.

Nawet teraz, kiedy piszę ten tekst, jestem na konferencji o odnawialnych źródłach energii i muszę przyznać, że Mariusz Błaszczak nie porwał mnie ze swoim wykładem o protokole z Kioto.

Poradziłabym mu subskrybować kanał na You Tube z wystąpień na TED. Koniec końców wszyscy siedzą i dłubią coś w swoich iPhonach. Udają, że odpisują na ważne e-maile, ale ja i tak wiem, że siedzą na Facebooku. Wiem, bo jako stażystce przysługuje mi miejsce jedynie z tyłu sali i wszystko widzę.

Z drugiej strony mamy spotkania grup roboczych wszystkich członków Europejskiej Partii Ludowej, tylko jej polskich członków i komisji. To niekończący się proces negocjacji, ale też dyskusje na tak przyziemne sprawy jak kwestia zawalającej się sali plenarnej (ostatnio jest zamknięta, przez co cierpią wszystkie wycieczki odwiedzające parlament).

Jedynie catering nigdy nie zawodzi i jeśli wyruszy się na spacer w porze lunchu, to można być pewnym, że natknie się na jakiś stół z kanapkami, a po południu – winem i chipsami.

Jako, że wszyscy w parlamencie mają iPhony, to ja też trochę uległam i kiedy tak przemykałam korytarzami parlamentu to eksperymentowałam z Instagramem, próbując zrozumieć, dlaczego zdjęcia krzesła i butelki wody mineralnej zrobione z tym programem wyglądają tak super cool.