Rozkminy o życiu na Nyhavn: po co ja tu właściwie przyjechałam?

Rok temu o tej porze siedzieliśmy na Grodzkiej w Lublinie ciesząc się wiosną, zimnym piwem w knajpie i tworząc plany z naszych marzeń. Zarabiałam wtedy śmieszne pieniądze w call center, ale mimo to czułam wielką dumę, że mogę je wydać na kolację w jednym z knajpianych ogródków.

Znów przyszła wiosna i czas na planowanie. Jestem 800 kilometrów od miejsca, w którym byłam rok temu. Udało mi się zrobić duży postęp. A mimo to czuję się zdegradowana, bo siedzę na murku na Nyhavn z puszką Carlsberga. Beztroskie dni zniknęły równie szybko jak stypendium z Erasmusa na moim koncie. Kiedy już rozważałam zostanie Super Zbieraczem Puszek (w Danii pustą puszkę po piwie można sprzedać w sklepie z 1 DKK), udało mi się znaleźć pracę w jednym z raczej podrzędnych hoteli w centrum miasta. Tak oto zostałam pokojówką. Szkoda tylko, że nie na Manhattanie. Takie doświadczenia uczą pokory i przyrzekam, że zawszę będę zostawiała napiwek opuszczając hotel, tak samo jak zawsze wysłuchuję do końca co mają mi do powiedzenia operatorzy call center dzwoniący do mnie ze wspaniałą ofertą karty kredytowej.

A jednak jest lepiej, zwłaszcza, że za jedną godzinę mojej pracy mogę sobie kupić:

– 8 kilogramów pomarańczy

-3 butelki wina

-12 Calsbergów

-wejściówkę na imprezę z open barem przez całą noc.

Wniosek: pomarańcze są naprawdę tanie. Nie, żartuję. Po prostu chyba nie ma takiego kraju na świecie, w którym ludzie chcą pracować przez godzinę na jeden litr paliwa, jakim jest Polska. I nie pytajcie mnie ile w Dani może zarabiać na przykład taki informatyk, bo to już naprawdę dzikie szaleństwo. Na tyle dzikie, że oni i tak uważają, że wszystko jest drogie i dlatego w mieście nie ma Starbucksa. Bo to za droga kawa. Nie trzeba też być zdziwionym, kiedy zostaniemy zaproszeni na imprezę, na której gospodarz zarządzi zrzutę na kolację i od każdego gościa zawoła sobie po 20 DKK. I nawet jak zechcesz odmówić, bo przecież pamiętasz jak na pierwszym roku studiów imprezy generalnie odbywały się bez jedzenia i zanim połapaliśmy się, że chipsy i paluszki to nie jedyny akompaniament do piwa, byliśmy już na trzecim roku… Tak więc, jeśli zechcemy odmówić usłyszymy: „W tym wypadku będziesz tu siedzieć i patrzeć jak my jemy”.

W takich momentach chciałabym cofnąć się o te 800 kilometrów. Siedzieć sobie ze swoim piwem na Grodzkiej i nie słuchać opowieści o  genialnym duńskim państwie socjalu, gdzie w wieku 40 lat możesz zdecydować, że idziesz na studia, dostać ogromne stypendium i cofnąć się w rozwoju do czasów, kiedy ubrania pochodziły w second handów, a na kolację było piwo. Ale na weekend i tak skoczysz do Paryża lub Berlina.

Moje plany poczynione dziś na słonecznym Nyhavn zakładają tylko jedno: nie dać się. Nie dać się wrobić w “Pokolenie 1386 brutto”, ale też nie dać się duńskiemu skąpstwu i spędzić tu niesamowite wakacje. Poza tym iść cały czas do przodu.

Ale na razie… za pierwszą wypłatę pójdę prosto do Zary!