Rzuć podróże i zacznij pracę na etacie!

Mitmitu

Powiecie: pomyliło mi się w tytule, powinno być: rzuć pracę i zacznij podróżować. A ja wam powiem: nie, nie pomyliło mi się, właśnie taki tekst chciałam napisać. Oto dlaczego:

-stolik z Ikei za dwie dyszki, biały
-lakier do paznokci w kolorze Pantone 2016 Rose Quartz
-jeden bilet na koncert Dżem w klubie Stodoła
-znajoma kasjerka w Społem
-garderoba, w której jest coraz więcej eleganckich sukienek.

American dream

Amerykanie zwykle opisują to w ten sposób: nudna praca, siedzenie w boksie, szef, lunche, zakupy w centrach handlowych, kawa w Starbucksie. Masz tego dość? Kup ten głupi bilet i zacznij podróżować. Sprzedaj wszystko, oszczędzaj przez pół roku i możesz jechać.

Zawsze się zastanawiam:

Czy Amerykanie mogą przeżyć rok w Azji Południowo-Wschodniej w zamian za pieniądze zaoszczędzone na niekupowaniu kawy w Starbucksie?

Chyba oni inaczej widzą świat i spanie w dormitorium w hostelu albo na Couchsurfing (to już dla nich wielkie wow!) to taka niesamowita odmiana od wycieczek all inclusive, na które do tej pory jeździli, żeby uciec od tabelek w Exelu i świątecznych koktajli w korporacji.

Jak dla mnie Amerykanie są za bardzo wszystkim podekscytowani, w dodatku piszą o tym na Lifehack i Huffington Post, potem to czytasz i też ci się wydaje, że jak zaczniesz oszczędzać na zakupach w Biedronce, to będziesz mógł zarzucić plecak, ten sam, który bierzesz na wycieczki Bieszczady, i będziesz nosił w nim, już nie piwo i kiełbasę, ale francuskie bagietki i aparat fotograficzny. Wrzucisz kilka fotek na bloga, firma turystyczna przyśle ci nowe buty, inna firma zrobi przelew za polecenie tego i tamtego hotelu, serwer spłaci się z programów afiliacyjnych i wszystko pięknie.

vs. Polish life

Jedni żyją życie takie, jakie przewidział im promotor ich pracy magisterskiej: zaczynają pracę w fajnej firmie w fajnym mieście i biorą ślub z narzeczonym, którego mieli szczęście poznać jeszcze przed juwenaliami na pierwszym roku. A potem czytają na Onet Podróże, że można inaczej, ba! że trzeba inaczej, że trzeba odpiąć łańcuch od biurka i na co najmniej pół roku jechać w podróż dookoła świata.

naklejki na walizkkę

Drudzy pakują walizkę, jadą do Norwegii, żeby zarobić duże pieniądze w śmiesznych pracach (nie żeby to było tylko o mnie, znam co najmniej trzy takie osoby: Emilia, Nadia, Gadulec, z szeregu wystąp), a potem jadą w podróż życia.

Taką podróż, wbrew temu, co mówią amerykańscy blogerzy, można odbyć jeszcze zanim znienawidzimy poranną jazdę metrem, Pana Kanapkę i deadline’y.

Po powrocie

A po powrocie to już się można delektować: tramwajami, swoim własnym białym stolikiem z Ikei, malowaniem paznokci co dwa dni na inny kolor i przelewami za mieszkanie. Przynajmniej ja tak to widzę. I wiecie co? Cieszy mnie to! Bo znam to uczucie, kiedy trzeba odłożyć na półkę książkę znalezioną w antykwariacie w Brazylii (Mario Vargas Llosa, przyrzekłam sobie, że kiedyś będę umieć przeczytać ją po portugalsku, spełniło się dwa lata później, chociaż już na wersji na Kindle). Kiedy ochroniarz nie wpuszcza cię do dyskoteki w Buenos Aires, bo masz na sobie Conversy, a nie szpilki.

Kiedy tak bardzo chciałabyś móc kupić coś, co można nosić tylko po wyprasowaniu, albo lepiej – coś, co jest białe lub też może stanik z koronką…Kiedy tak bardzo nienawidzisz ręczników z mikrofibry. Kiedy nie wystarcza już 10 kilogramowy plecak czy 20 kilogramowa walizka, bo chciałabyś móc zmieścić do niej pościel z Zara Home.

Rzuć pracę

Porto Alegre
Gdzieś pomiędzy Porto Alegre a Buenos Aires. Przez 6 miesięcy ten plecak był całym moim światem. Lubię to zdjęcie. Jest takie w stylu: to dokąd stary teraz jedziemy? pojedziemy gdzie chcesz.

Bo coś wam powiem: możecie być bardziej zestresowani w drodze niż w biurze! W biurze jak to w biurze, od pierwszej kawy do popołudniowej zielonej herbaty. Klientów można spławić e-mailami, przez telefon też nam nic nie zrobią.  Kupowanie biletów na autobus gdzieś pomiędzy Porto Alegre a Buenos Aires, researchowanie TripAdvisora, ukrywanie aparatu w torbie po czipsach, pieniędzy majtkach, a iPhona w zamykanej na kluczyk szafce – to dopiero jest histeria.

Jeszcze coś wam powiem: wcale nie musisz znaleźć tego samego, co w „Eat Pray Love”. W ciągu trzech lat nie spotkałam się z tym samym mężczyzną więcej niż trzy razy. Zaczęłam uważać to za swoiste fatum, już nawet zaczęłam liczyć: jeden… dwa… koniec, jeden… papa, jeden, dwa, szybciutko trzy… bum! Nic. Podobno ludziom to się przytrafia, Elizabeth Gilbert nie mogła tak do końca fantazjować. Smutna prawda podróżowania jest taka, że musisz umieć szybko nawiązywać kontakty i godzić się na szybką ich utratę. Kiedy w codziennym życiu dni mijają, jeden po drugim, wszystkie do siebie podobne, nie trzeba się tak śpieszyć w ustawianiu randek. Zdarzą się albo się nie zdarzą, przed świętami czy na wiosnę, co za różnica.

A moje przyjaciółki? Mieszkają w Irlandii, Gujanie Francuskiej, Moskwie, Rio de Janeiro, Kopenhadze… musiałabym być bardzo bogata, gdybym chciała wpadać do nich na kawkę.

I ostatnią rzecz Wam powiem: wreszcie mogę ustawiać sobie pamiątki na półkach i otaczać się rzeczami, które przypominają mi o podróżach. Wreszcie mogę sobie zwozić mapy i pojemniki na cukier z napisem „Açucar” i mieć gdzieś pytanie: mieć czy być. Wreszcie mogę mieć!

Napisałam ten tekst, bo chciałam zwrócić uwagę na to, jak łatwo zachłysnąć się artykułami motywującymi do podróżowania. Codzienność i praca też są fajne. Dzięki temu, że swego czasu przeciągnęłam plecak przez pół świata, dziś siedząc za biurkiem nie marzę o urlopie, że ach, kiedy to się skończy. Czasem przypominają mi się śmieszne historyjki z drogi. Czasem zerknę sobie na Facebooka, sprawdzę co robią moi znajomi z Nepalu. I takie tam.

rzuć pracę

Zdjęcia zrobił Piotr z Oopssidedown.com
Zastanawiam się co myślą blogerzy podróżniczy o takim postawieniu tematu? Wypowie się ktoś?