Vesterbro: w końcu odkrywam miasto i chyba zaczynam je lubić

A ja dalej udaję turystkę  z aparatem zachwycającą się kopenhaską architekturą. Dzisiejsze zdjęcia pochodzą z Vesterbro, kolejnej dzielnicy, w której chciałabym mieszkać, a nie mieszkam.

Kiedy tak sobie chodziłam i udawałam, że umiem robić zdjęcia, uderzyła mnie pewna myśl: przecież tu nie ma billboardów! Tak dobrze znane z polskich dróg szybkiego ruchu (nie będę pisać “autostrad”, w Lublinie nikt ich nie widział, a jak to jest z resztą kraju przed Euro 2012 – nie wiem) zachwalające Coca Colę, kiełbasę podwawelską, nowy model Forda, Platformę Obywatelską, koncert Bajmu w centrum handlowym, przecenę Żywca w tym samym centrum handlowym…

Vesterbro

Duński outdoor nie istnieje i bardzo dobrze. To najmniej efektywna forma reklamy, rozpraszająca i psująca architekturę, która powinna pozostać unikalna, charakterystyczna dla miasta, a nie sygnowana globalnymi markami takimi, jak wspomniana Coca Cola. Po lekturze serii felietonów projektanta Janusza Kaniewskiego w Briefie (roczna prenumerata, a czuję się jakbym miała co najmniej licencjat z marketingu), zaczęłam zwracać uwagę na takie szczegóły. Ale to wszystko to nie tylko kwestia estetyki. Duńczycy po prostu nie są społeczeństwem konsumpcyjnym. Osobiście mnie to trochę frustruje, marzę o tym, żeby się zgubić pomiędzy półkami ogromnego Tesco w poszukiwaniu koncentratu pomidorowego, żeby móc przez pół godziny wybierać szampon do włosów, żeby załapać się na tą promocję Żywca… Ale nie, jest tylko jeden rodzaj zielonej herbaty w Fakcie, cholera wie, gdzie można kupić nową prostownicę do włosów, a dwa litry Coca Coli kosztuje 17 złotych. Dobrze, że chociaż dowiedziałam się o istnieniu drugiej Zary w jednym centrum handlowym.

Zastanawiam się jak w gospodarka tego państwa się kręci, skoro ludzie w ogóle nie kupują. Ale może to tylko nasz naród opętali marketingowcy i jedyne co można wybudować w Mieście Inspiracji i Bezrobocia (czyt. Lublin) to Ikea albo inna większa galeria. Żeby kupowało nam się lepiej.