Wolontariat Europejski (EVS) w Grecji: dlaczego polecam?

Jak mieć fajne życie nie mając kasy? Po pierwsze trzeba mieć jedną fajną cechę: być otwartym na nieznane i zaakceptować nieznane.

Unia Europejska ma mnóstwo pieniędzy dla tych, którzy spełnią te warunki. Wyjeżdżając na krótkoterminowy Wolontariat Europejski (EVS) dostałam w sumie 220 euro kieszonkowego na miejscu (do wydania na chleb, pomidory i nescafe frappe), została mi zwrócona kwota wydana na bilety lotnicze (do wysokości 275 euro, mój bilet kosztował nieco więcej niestety), miałam zapewnione spanie i doborowe towarzystwo z pięciu krajów: Irlandii, Portugalii, Włoch, Łotwy i Grecji.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam ogłoszenie, to pomyślałam, że o, nie, jakieś zbieranie oliwek, darmowa siła robocza, ha ha. To jasne, że miałam obawy, każdy z nas takie miał pisząc się na ten projekt. Ale to nie jest tak. Owszem, tematem przewodnim było zbieranie oliwek w regionie Messinia w Grecji, bo na listopad i grudzień przypadają ich żniwa. Ale my byliśmy tam wolontariuszami, a to nie jest równoznaczne z „darmową siłą roboczą” . Każdy z nas chodzi do szkoły, pięć lat życia marnuje na studia po to tylko, żeby potem się połapać, że nie jest społecznie przygotowany do życia. Bo czego uczy nas szkoła? Ściągania i dopasowywania się do schematów. Czego uczą nas studia? Ściągania i definicji sensu largo i sensu stricto.

Czego uczy wyjazd na grecką wieś z szesnastoma osobami z różnych krajów i w różnym wieku?

Języków (nie tylko angielskiego!), dialogu międzykulturowego (umiejętność szczególnie przydatna w razie spotkania z Irlandczykami), pracy w grupie, przedsiębiorczości, radzenia sobie w stresie (czy mój przyszły pracodawca to czyta?), ogólnego ogarnięcia życiowego.

Budzę się pierwszego dnia po długiej podróży z Aten, wychodzę na balkon i wychylając się poza barierki próbuję sięgnąć po mandarynkę, która rośnie obok naszego domu. Po prawej stronie widzę góry (pod koniec naszego pobytu będziemy widzieć na ich czubkach również śnieg), po mojej lewej siada Aleksandra z Portugalii i sobie gadamy. Wcinamy kradzione mandarynki.

Wszyscy jeszcze śpią i tylko my z Magdą idziemy się przejść po okolicy. Ledwo wychodzimy poza bramę, spotykamy pana zrywającego oliwki: dzień dobry, kalimera, dzień dobry, witamy się. Dziewczyny, a wy skąd, my Polonia, wolontariusze, przyjechaliśmy tam do tamtego domu, a chodźcie, coś wam dam. Sadza nas przy stoliku przed wejściem do sieni i wynosi: oliwki, chleb, pomidory z cebulą. Jemy, bo to pora lunchu i w sumie byłyśmy głodne, a grupowe wyjście do jedynego sklepu w okolicy oddalonego o 2 kilometry było zaplanowane na później. Gadamy sobie z panem. Później okaże się, że Yiorgos to szef całej wsi i nie raz będzie do nas wpadał, a my do niego.

Yiorgos wynosi jeszcze plastikową butelkę po coli, myślimy, że woda z lodówki, nalewa i jamas!ooo, czyli to nie jest woda. Wypijamy nie po szklance wody w to gorące południe, ale ouzo, greckiego alkoholu.

I takie nasze początki w miejscowości Kombi, liczącej sobie 20 stałych turystów, 80 niemieckich turystów (w sezonie letnim) i 16 wolontariuszy (w sezonie zbierania oliwek).

Nasze życie upływało sielsko anielsko na plantacji oliwek. Najpierw zbieraliśmy te czarne, żeby je zamarynować do jedzenia. Zabierali nas na ekologiczne i organiczne uprawy, takie, na których używa się pił mechanicznych pracujących na ekologicznym oleju. Pod drzewami rośnie rozmaryn, żeby nadać aromatu powstałej później oliwie z oliwek. Dobre, nie? Potem chodzimy na wycieczki do przetwórni oliwek, pod zieloną strużkę świeżej oliwy podkładamy chleb i kosztujemy pyszności. Ostatniego wieczoru Yiorgos zorganizuje nam grilla właśnie w takiej fabryce, gdzie wieczorem po robocie mężczyźni rozkładają na ruszcie kawałki mięsa i z plastikowych butelek polewają wino. Jak tam zajeżdżamy, to normalnie nie wierzę. Wyglądamy jak kosmici w tym miejscu, jakbyśmy tam nie pasowali, urwali się z choinki i spadli z nieba na tą wieś. Oczywiście, że nie pasujemy, całą noc będzie mnie bolał brzuch po tym tłustym mięsie, za ciężkim dla kogoś, kto jedynie przespacerował się tego dnia po plaży, a nie dźwigał ciężkie worki z oliwkami.

collage 2

W czasie wolnym biegam. Mamy dwa psy, które wszędzie za nami chodzą, zabieram psy i biegniemy na plażę. W drodze powrotnej kradniemy komuś z podwórka pomarańcze. W weekendy wybieramy się poza wieś. Sześć kilometrów od Kombi znajduje się Koroni, wspaniale położone miasteczko nad morzem, z zamkiem, uroczymi uliczkami i sklepikami. Niestety, nie polecam tam wpadać pomiędzy 13.00 a 17.00, bo jest sjesta, no, chyba, że chcesz mieć całe miasto tylko dla siebie, fajnie, tylko, że gdzie tu kupić caffee fredo?

Do Kalamaty jest już godzina drogi, a autostopem to więcej. Wybieram autostop, bo to nigdy nie wiadomo. Z Joanną, która podwozi mnie którejś niedzieli odrywamy po kawałku z mojej tektury z napisem Kalamata i zapisujemy nasze Facebooki.

Kalamata jest jak Copacabana w Rio de Janeiro, po jednej stronie port, po drugiej hotele i kawiarnie, pośrodku ulica i ścieżka rowerowa.

Mężczyźni uprawiają jogging, nastolatki jeżdżą na rolkach, jadący na skuterze zwalniają, żeby rozejrzeć się dokoła i mieć pewność, że na nich też się patrzy. No, Copacabana, tylko trzy razy taniej. Któregoś weekendu robimy z Magdą hitchiking challenge i robimy rundkę dookoła półwyspu. Jedziemy tak: do Koroni, przez Methoni zobaczyć zamek i do Pylos, żeby spędzić noc w hotelu.

Te nadmorskie kurorty są trochę nudne i opuszczone po sezonie, ale co przygoda to przygoda.

A za to, że jedziemy autostopem całą kasę możemy wydać na kawę i ciastka.

Teraz taki mały poradnik gastronomiczny: w Grecji mamy caffee fredo – espresso z lodem i z pienionym mlekiem i caffee frappe – nescafe z tym samym mlekiem i lodem. Smakuje wybornie w ciepłe dni. Najbardziej wybornie w kafejkach, gdzie siedzą sami mężczyźni podrzucając tymi swoimi komboloi. Patrzą oni na nas i chyba nie wierzą co my tutaj robimy poza sezonem.

komboloi
Komboloi, czyli jak po grecku rzucić palenie

U nas na wsi też jest kafeninio, kobiety nie mają tam wstępu, to królestwo mężczyzn. Jakby ktoś był feministką i się oburzał, że jak to kobiety w domu przy garach, a faceci w knajpie przy winie, to pragnę wyjaśnić, że to nie jest tak jak myślisz kotku. Dom należy do kobiety, to jej miejsce i ona tam rządzi. To, że mężczyzna pójdzie sobie do knajpy posiedzieć z kolegami nic nie znaczy, przecież nie ma tam innych kobiet, więc o co tu się martwić. Po prostu każdy musi mieć jakąś własną przestrzeń dla siebie. Fajnie, że na ten czas naszego wolontariatu mężczyźni z Kombi podzielili się z nami swoją przestrzenią (w końcu było nas 15 dziewczyn plus jeden chłopak) i mogliśmy zorganizować tam dwie imprezy, na których wszyscy się świetnie bawili. Na początek my wyszliśmy z inicjatywą i od domu do domu roznieśliśmy zaproszenia. Każdy wcześniej na wolnocłowym kupił flaszkę i najlepsze cukierki ze swojego kraju, coś tam jeszcze ugotowaliśmy i mieliśmy poczęstunek. Lubelską wiśniówkę z ptasim mleczkiem, portugalskie porto, łotewskie trunki, których nazw nie pamiętam, za to pamiętam ich moc, czarny chleb (to również z Łotwy). Wszystkim bardzo się podobał ten event i potem do naszego domu co chwilę pukali sąsiedzi a to z koszykiem mandarynek, a to ze słoikiem oliwek, a to z butelką oliwy. Życie jak w Madrycie.

collage 3

Wieczorem Yiorgos prosi nas na kolację, jest jagnięcina, ziemniaki aż żółte od oliwy i wino o smaku landrynek. Yiorgos opowiada nam o swoim życiu.

Trzeba przejechać cały świat, od Nowego Jorku po Tokio, zakochać się w Danuście w Gdyni, zgubić jej adres i się nie ożenić, żeby wrócić do Grecji i osiąść tam, gdzie się człowiek wychował.

Yiorgos był żeglarzem i zapewne nie jedną pikantną historię by nam opowiedział, gdyby lepiej znał angielski.

Grecja
Yiorgos w swoim domu. Czy ktoś zauważył wielki Mac Book Pro w tle?

W naszej grupie też nie wszyscy znają angielski, ale od czego jest taki projekt, jak nie od tego, żeby się nauczyć. Teraz napiszę kilka słów o tym po co i dlaczego robi się takie wymiany. To nie jest tak, że my mamy tam ciężko pracować i dzień w dzień trząchać te oliwkowe gałęzie. Jeśli ktoś jest bliżej zainteresowany, to powiem, że dniówka za taką pracę wynosi od 35 euro do 40 euro za osiem godzin pracy, a dla Pakistańczyków 30 euro (jak widać, lepiej być z Unii i jak widać, dyskryminacja), w sezonie na zarobek przyjeżdżają tam Bułgarzy. Spotkałyśmy (to znaczy złapałyśmy na stopa) dziewczyny z Niemiec podróżujące vanem, które spędziły miesiąc w regionie Mesinia razem z Workaway i w zamian za zbieranie oliwek miały mieszkanie, jedzenie i oliwę z oliwek, którą mogą z bardzo fajnym zyskiem sprzedać w Niemczech.

To nie jest też tak, że my możemy sobie popijać caffee fredo cały dzień na plaży. Wolnego czasu, owszem, mieliśmy dużo, ale przede wszystkim pracowaliśmy… nad sobą.

Jest osiem kompetencji, które możesz zdobyć podczas EVS i na które Unia Europejska może wystawić ci certyfikat Youth Pass. Są to (po więcej odsyłam na tą stronę): porozumiewanie się w języku ojczystym, porozumiewanie się w językach obcych, kompetencje matematyczne i podstawowe kompetencje naukowo-techniczne, kompetencje informatyczne, umiejętność uczenia się, kompetencje społeczne i obywatelskie, inicjatywność i przedsiębiorczość, świadomość i ekspresja kulturalna.

Moją ulubioną jest umiejętność uczenia się. Jak mało uwagi poświęcamy temu JAK czegoś się uczymy, głównie skupiamy się na tym CZEGO się uczymy. Potem wszystko i tak zapominamy. Ważne jest, żeby mieć świadomość tego, co nas interesuje i jak możemy się tego nauczyć . Na przykład mnie interesuje nauka portugalskiego i bardzo ceniłam sobie rozmowy z dziewczynami z Portugalii. Teraz, kiedy będę próbowała sobie przypomnieć jak jest „zrywać” po portugalsku najpierw odwołam się do momentu, w którym siedziałyśmy z Aleksandrą na balkonie obok drzewa z mandarynkami.

Ważne jest, aby wyciągać wnioski z takich podróży i mieć świadomość, że całe życie jest procesem uczenia się.

Takim mądrym przysłowiem zakończę tą historię o ciepłej Grecji i jej przygodach.

Wolontariat Europejski
Chyba moje ulubione zdjęcie z Grecji pod tytułem: co ja robię tu?