Pochwała wolontariatu

wolontariat

Wsiadłyśmy do samochodu, który się zatrzymał. Kalamata? Kalamata. Efelondri! Krzyczymy jedno z niewielu słów, które znamy po grecku.  Jedziemy autostopem do Kalamaty, miasta na południowo-zachodnim Peloponezie. Efelondri! (pisownia moja własna) znaczy wolontariusz. W taki sposób odpowiadałyśmy na pytania o to, co my tu robimy i dlaczego autostopem…

Kiedyś umawiałam się z chłopakiem, który na pierwszej randce powiedział mi: „Byłem w Indiach na wolontariacie”. W Indiach? Na wolontariacie? Oczywiście, że kontynuowałam znajomość z nim.

Osobiście byłabym za nową akcją w social media: „Nie jesteś wolontariuszem, nie idę z tobą do łóżka”.

Ostatnio podliczyłam, że na wolontariacie spędziłam tyle samo czasu, co na etacie (jeśli liczyć tą pracę w call center w Żagiel S.A.).

Kiedy przygotowywałam się do pisania strategii komunikacji dla Telefonu Zaufania fundacji Dzieci Niczyje, było to w 2011 roku i brałam udział w konkursie „PRaktykuj za granicą”, czytałam raport o wolontariacie. I pamiętam jeden wniosek z tego raportu: w UK odsetek ludzi, którzy podejmują się jakiejś działalności wolontariackiej jest o wiele, wiele większy niż w Polsce. I pamiętam mój osobisty wniosek: oczywiście, jeśli zarabiasz godne pieniądze (czyli jak w UK), masz czas i chęci, żeby po pracy zrobić coś ciekawego. W kapitalistycznej Brazylii też nie bardzo rozumieli jak to ja mogę robić jakiś wolontariat, bez zarabiania kasy? W Grecji to samo. A ja właściwie chciałabym wrócić teraz do Polski i zapisać się na jakiś program: w schronisku dla zwierząt, w świetlicy dla dzieci, przy pomocy organizacji jakiegoś eventu, festiwalu, no cokolwiek.

Dlaczego ja wyjechałam na wolontariat? Bo nie czułam, że za moim tytułem magistra stoją jakieś kwalifikacje. Zwyczajnie nie czułam się gotowa wejść na rynek pracy. Pomyślałam, że mogę skosztować tego, co oferuje mi bycie obywatelem Unii Europejskiej i postanowiłam wyjechać na
Wolontariat Europejski. Dwa razy. Nie wszystko w tym wolontariacie było takie ekscytujące, bo 250 euro na życie to nie jest najfajniejsza suma. Ale nie żałuję. Wolontariat dał mi możliwości rozwoju, lepsze niż jakakolwiek praktyka czy staż (tych też się narobiłam, nie powiem). I tylko czasem głupio się czułam rozmawiając z ludźmi: Co, NGO, co to jest? Ale jak to wolontariat? Pensja? Ojoj, co to za pensja… Ale ci ludzie spędzają swoje niedziele w centrum handlowym, popijając colę z plastikowych kubeczków.

W Brazylii dwa razy zasiadłam na stanowisku recepcjonistki w hostelu, żeby móc zostać na dłużej i obniżyć koszty podróży. Ale jak to, nie dostajesz żadnych pieniędzy? – mówili mi ludzie, których poznałam. No, nie, uczę się języka, siedzę sobie na You Tube, poznaję więcej ludzi takich jak wy. Mam się dobrze.

Również w Brazylii zapisałam się na program wolontariacki AIESEC. Ot, tak, żeby wyciągnąć z tej podróży więcej niż noce z sambą i caipirinhą. Nie do końca było warto, ale zawsze to jakieś doświadczenie, zupełnie inne niż siedzenie całymi dniami na Ipanemie i patrzenie na turystów.

Wolontariat nie powinien kosztować więcej niż mój czas, wiedzę i zaangażowanie.

AIESEC (i jest wiele podobnych firm) życzy sobie pieniądze za wejście do programu, co uważam za głupie, głupie i jeszcze raz głupie… Ale wracając do tematu: robienie wolontariatu to możliwość poznania ludzi (tak jak na recepcji w Rio de Janeiro), spróbowanie innego stylu życia i poznanie innej kultury (nasze zbieranie oliwek koło Kalamaty w Grecji), zdobycie doświadczenia w dziedzinie, w której chcemy się rozwijać (moja praca w Agora Aveiro), dostanie czegoś, za co musielibyśmy zapłacić (znów przykład pracy na recepcji), szkolenie umiejętności miękkich (wszystkie wymienione wolontariaty).

Wolontariat ma wiele zalet i nie jest to tylko, jak sobie wyobrażamy, rozdawanie posiłków bezdomnym czy zbieranie do puszki Wielkiej Orkiestry świątecznej Pomocy. Wolontariat jest przede wszystkim dla ciebie i dla twojego osobistego rozwoju.

I czasem może być nawet sexy:)

fotografia: Tatjana Aleksandrovna Veselova