Zakochanie się podczas podróży. Czy to ma sens?

chłopcy

Do napisania tego teksu sprowokowała mnie książka Julii. Bo jest o miłości spotkanej na drugim końcu świata, a ja w takie rzeczy nie wierzę. I na nic mi case study: Uli z adamantwanderer.com, która swojego chłopaka spotkała w Gwatemali, Emilii (emiwdrodze.pl), która z tego samego powodu została w Indonezji. Jeśli chodzi o zakochiwanie się, to uważam, że najprzyjemniejszym momentem jest ten, w którym ktoś uwalnia cię i pozwala pójść swoją drogą.

Minęły już dwa lata od tej historii, mogę więc ją wreszcie opowiedzieć.

W całej mojej czteroletniej karierze singla zakochana byłam tylko raz. Cliché będzie powiedzenie, że spotkało mnie to niespodziewanie. Ale tak było.

Nie otrząsnęłam się jeszcze z jetlagu, jaki dopadł mnie po wylądowaniu na lotnisku Galeão w Rio de Janeiro, kiedy jednym postem na forum Couchsurfingu obwieściłam, że jestem w mieście. Napisał do mnie jeden chłopiec zapraszając na plażę, ale sprawdziłam jego kraj pochodzenia i pomyślałam: pff, czego taki może ode mnie chcieć, o nie, nie ufam mu. To zabawne jak czasem możemy kogoś zdyskredytować tylko dlatego, że mamy jakieś uprzedzenia.

Kilka dni później na stacji metra Candelaria czekałam na Aline. Miałyśmy jechać z zabawkami i ubraniami do dzieci z faweli Jacarezinho. Był 14 października, a to właśnie tego dnia w Brazylii obchodzony jest Dzień Dziecka.

– Kto jeszcze z nami idzie?

– Jeszcze czekamy na jednego chłopca z Turcji.

Zrobiło mi się gorąco, kiedy go zobaczyłam idącego po peronie. Spojrzałam na śniadą cerę, ciemne włosy, uroczy uśmiech i już wiedziałam, że jestem w dupie. To był ten sam chłopak, któremu nie odpisałam na wiadomość.

–Ymm, cześć, wiesz, zapomniałam ci odpowiedzieć, byłam zajęta…

W metrze pokazywał mi zdjęcia z Warszawy i Bydgoszczy zrobione podczas Wolontariatu Europejskiego, kiedy to w 2012 roku pracował w przedszkolu. Podczas zabawy z dziećmi on jako jedyny zauważył, że dziewczynka w loczkach płakała, bo była za malutka, żeby przedostać się przez tłum walczących o zabawki dzieciaków. Wyjął jedną lalkę z torby i przyniósł ją dla niej, bez pytania, jak to było ustalone, o zaśpiewanie piosenki czy opowiedzenie wierszyka.

Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, wspólnie chodziliśmy na wspomnianą plażę oraz różne wydarzenia towarzyskie. Aż któregoś wieczoru zapakowaliśmy butelkę domowej caipirinhy i usiedliśmy na Arpoadorze (dzieci, pamiętajcie, nigdy tego nie róbcie, Arpoador nocą to nie jest najbezpieczniejsze miejsce w Mieście Boga! Aż cud, że nikt do nas nie podszedł i za pomocą noża nie poprosił nas o telefony oraz resztki caipirinhy). Przedyskutowaliśmy pół nocy patrząc jak w oddali migoczą światełka Vidigal i zastanawiając się czy nasz koktajl nie ma aby za dużo cukru albo za dużo limonki. Aż w końcu cała Ipanema zaczęła wirować i falować. A tego się nie spodziewałam.

„Maria, nie wiem co ja robię, chodzę z jakimś Turasem za rączkę po Copacabanie!” – pisałam do mojej koleżanki. „No, nieźle sobie radzisz, nieźle” – odpowiadała. Czy muszę pisać, że z ironią?

Było jeszcze kilka romantycznych wieczorów, w tym ten, kiedy, do dziś nie zapomnę, usiedliśmy z butelką wina na piasku Copacabany. Normalnie z pobliskich barów rozchodzi się dźwięk samby i brazylijskich piosenek, ale w tamtym momencie grali Foo Fighters:

„Somebody is taking the best of you…” 

– To lubię, wieczór, muzyka, wino, dzieci kopiące piłkę, piatek… „I ja”, pomyślałam, „nie powiedziałeś, że i ja…” – I ty – uśmiechnął się. Po raz ostatni miałam widzieć  jego uśmiech. – Kiedyś będziesz wspominać te noce w Rio de Janeiro, sambę, zapach piasku, bikini and this crazy Turkish guy.

Tamtego wieczoru upadł mi telefon i, jak to w iPhone, roztrzaskała się obudowa. Noszę go takiego do dziś. Ale już nigdy więcej nie pozwoliłam sobie na to, aby moja przysadka mózgowa wyprodukowała większą niż jest to konieczne ilość oksytocyny.

„I’m getting tired of starting again 
Somewhere new”

Kiedy na początku grudnia przeprowadziłam się do hostelu Mellow Yellow, dwie ulice od jego mieszkania, zerwał ze mną kontakt.

Sylwester na Copacabanie spędza 2 miliony ludzi. 2 miliony w jednym miejscu. A jednak musiałam go zobaczyć jak odchodzi w kierunku Rua Figueiredo de Magalhães. Powoli, żeby mogła za nim zdążyć  jakaś dziewczyna na obcasach.

2 stycznia spakowałam swoje rzeczy i zabrałam plecak z hostelu. 36 godzin później byłam w Salvadorze. Potem zwiedziłam jeszcze pół Brazylii, a ścieżki szczęśliwego losu zaprowadziły mnie aż do wymarzonego w dzieciństwie Buenos Aires. To nie wydarzyłoby się, gdybym z nim została. W ogóle to było głupie. Byliśmy w Rio de Janeiro, wiza trwa 90 dni. To nic, że moja znajoma Marianna, która pochodzi z Kolumbii, dziś mieszka w Moskwie. Że już mijają dwa lata, od kiedy moja znajoma Aliona z Sankt Petersburga mieszka w Rio.

“A pain stabbed my heart, as it did every time I saw a girl I loved who was going the opposite direction in this too-big world.”

Jack Kerouac, On the Road

I takie to całe zakochanie się podczas podróży…

Minął rok od mojego powrotu z Brazylii, kiedy stanęłam na plaży w Barra, po drugiej stronie Oceanu Atlantyckiego. Podziękowałam jemu, że tu jestem. To on wspomniał mi o genialnej okazji na zdobywanie doświadczenia, jakim jest Wolontariat Europejski. Myślałam o nim za każdym razem, kiedy piłam espresso przy małym stoliku z popielniczkami od producenta lodów Olá, kiedy jadłam bifanę, kiedy szłam ulicami Lizbony. W każdej takiej myśli dziękowałam mu, że go spotkałam, bo dzięki niemu dziś tu jestem. Właśnie w tym miejscu, a nie w żadnym innym. W miejscu najlepszym dla mnie.

Znacie te artykuły z Bravo Girl: „Zakochałam się podczas wakacji. Boję się jednak, że kiedy zacznie się szkoła, spadające liście, kartkówki i długie wieczory sprawią, że nasz związek na odległość nie przetrwa…”?
Ps. Osoby pokazane na zdjęciu pochodzą z mojego prywatnego albumu i są przypadkowymi znajomymi oraz kompanami podróży spotkanymi w hostelu, z którymi zrobiłam sobie pamiątkowe selfie.